Inne

Wojna na tagi, czyli „witam serdecznie na starcie”

Staję na linii startu. Po raz kolejny. Będzie to już czwarty b. (bieg?), więc niby powinienem czuć się jak weteran, „stary wyjadacz”, który poznał ten fach na wylot. Nie do końca tak jest i pewność raczej nie dmucha mi w plecy. Za to kieszenie pełne trwogi, która wzmacnia nieprzyjazną siłę ciążenia i swoją podeszwą wbija w ziemię. Ale jakiś dziwny duch sportowy – teoretycznie mi obcy, bo od zawsze wolałem siedzieć wygodnie w fotelu, niż silić się na machanie kończynami i narażać na zmachanie (tym machaniem) – nawiedził mnie razu pewnego i podszeptywał uparcie, bez cienia zmęczenia jeden taki wyraz-zaklęcie (oby nie przeklęcie!). Nie poddałem mu się tak od razu – zaznaczam – żeby nie było, że takim beznadziejnym walkowerem oddałem zwycięstwo! Napiąłem te swoje leniwe mięśnie i stanąłem murem z wyrazem-(kontr)zaklęciem, który, niczym dumny tag, wymalowałem na jego powierzchni. Moje N. przeciwko jego B.

rys. germatoid

rys. germatoid

Dłuższą chwilę staliśmy twarzą w twarz, przekrzykiwaliśmy się i zamalowywaliśmy te nasze zaklęcia. Próba sił i sprawdzanie zawartości puszek z farbą. Drobinki oblepiały mur, uparcie kluczyły pomiędzy dwiema możliwościami – zupełnie jak wahadło – tik-tok, n-b. Wiedziałem, że nie zatrzyma się w pionie. Kompromis nie wchodził w grę. No bo niby jak miałoby to brzmieć? Tiok? Dla mnie to jakoś tak nieładnie, nie w porządku, bez sensu. I urban dictionary do tego porządku mnie nie przekona, choć tłumaczy mi, że TIOK = It is ok. Wcale nie OK! Półśrodki won! Ja albo on! Po raz setny, tysięczny, dwutysięczny – nie wiem, nie liczyłem – pobrudził mój mur tymi swoimi głupotami. No to podszedłem, żeby to ładnie zatuszować i ponownie postawić na swoim. A tu klops! Czekałem na kolor, a wydostało się tylko nędzne syczenie. Przycisnąłem mocniej – nadal sssssssssss. I macham tą ręką (choć wiecie już, że machać nie lubię) licząc na to, że może jeszcze coś tam w tej mojej puszce drgnie. Nie drgnęło… Poczułem się wtedy całkiem nędznie – jak impotent – bo przecież ręka boli, a pożądanego skończenia nie ma. A na murze widnieje napis „BLOG”, podczas gdy moje „NIE” – choć przecież wielokrotne – pokryte tym nie-pożądaniem (gwałtem!), pozostaje zdominowane, niewidoczne. No trudno, przegrałem, miał więcej farby. Stało się – oto jest blog nr 4.

Ta trwoga w kieszeniach, o której wcześniej wspomniałem, jest spowodowana tym, że nie chciałbym, aby mi dziecko ponownie umarło za młodu. A jako ojciec to się sprawdzałem dotychczas raczej średnio, bo o ile pierwsze dziecko doczekało dwóch świeczek na torcie, to pozostałe dwa ni jednej, ni połowy nawet. Dobrze, że chociaż ja mam dużo świeczek! Niedawno je zdmuchiwałem, z życzeniem wytrwałości w głowie. Może tym razem uda się to pisklę na ptaka wychować. Startuję ostrożnie, bez pośpiechu, żeby się zbyt szybko nie zmęczyć i falstartu nie poczynić. Przecież celuję w długi dystans! Jeszcze przyjdzie pora na zrywy…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s