Przesłuchane/Relacje

W pociągu (do) Magdy Piskorczyk – relacja z koncertu w Galerii Freta

Magdy Piskorczyk zapewne nie trzeba przedstawiać polskiemu słuchaczowi, który czuje pociąg do muzyki blues. Pociąg wytoczył się na szyny w 2005 roku. Magda rusza w podróż – Blues Travelling – tak zatytułowany jest jej debiutancki album. Śmiało chwyta za stery i sprawnie nastraja kierunek tego kursu. Machina sunie do przodu z piekielną pewnością i za nic nie zamierza się zatrzymać. Obiera zmyślnie zaplanowaną prędkość – mknie wystarczająco szybko, aby zaskakiwać zza okien nowymi widokami, lecz jednocześnie na tyle wolno, żeby każdy mógł do niej wsiąść. Warto się trochę zmęczyć, przebiec ten kawałek, który dzieli od stopni prowadzących do drzwi. Mówię Wam – warto. Wiem to – jestem w środku. A wczłapałem się tam parę ładnych lat temu. Wtedy skusił mnie ten dźwięk, który – wylewając się z półotwartych okien pociągu – unosił się up above my head. Ten mój pierwszy dźwięk Magdy Piskorczyk – Muddy Water Blues. Zadrapał mnie w ucho bardzo mocno, ale sprawiło mi to ogromną przyjemność, a potem usłyszałem swój własny głos: „Cholera, nie mogę tego odpuścić!”. To jak? Wsiadasz?

Choć – jak już wspomniałem – na twórczość Magdy Piskorczyk natknąłem się całkiem niebłahy szmat czasu wstecz, to jakoś niefortunnie nie potrafiłem znaleźć drogi do kabiny maszynisty i wciąż błąkałem się po różnych przedziałach. Mimo że muzyka roztaczała się skwapliwie po całym pociągu, to ja wciąż miałem ochotę, aby dotrzeć do jej źródła. I tak, po kilku latach obcowania z talentem Magdy Piskorczyk jedynie za pośrednictwem głośników, w końcu udało mi się usłyszeć ją na żywo. Koncert odbył się w warszawskiej Galerii Freta, usytuowanej na Nowym Mieście (co dla mieszkańców Warszawy nie jest z pewnością zaskoczeniem). Magdzie towarzyszyły na scenie dwie osoby – Aleksandra Siemieniuk (gitary) i Bartosz Kazek (bębny). Ktoś mógłby wpierw zakręcić nosem, że skład nie powala liczebnością, ale czy naprawdę o to chodzi, żeby dużo ciał zdobiło scenę? Myślę, że energia, którą ta trójka dała publiczności, przynajmniej uderzyła i pomacała (przyjemnie!). We mnie trafiła, a to zderzenie nie było bolesną kolizją, tylko serdecznym uściskiem.

Magda, wraz ze sowimi towarzyszami doli, rozpoczęła występ od pięciu autorskich kompozycji. Jedna z nich trafiła na tracklistę albumu Afro Groove (chodzi o utwór Rzeźb Mnie z tekstem Bogdana Loebla), pozostałe cztery nie znalazły się jeszcze na żadnym wydawnictwie płytowym. Dla takich jak ja – którzy do tej pory zasłuchiwali się jedynie w albumach Piskorczyk – była to okazja do poznania nowych brzmień, które wciąż sączą się z serca (oraz głowy, strun głosowych i spod placów) tej artystki. Oczywiście jest to pomyślna wróżba na przyszłość – jak już nadmieniłem – widoki zza okien niezmiennie pragną raczyć nas czymś nowym i nie poprzestają na „sprawdzonych zagraniach”. Autorski materiał wynosi Piskorczyk na wyższy level i uświadamia słuchaczowi, że nie ma on do czynienia z wykonawczynią, która nieustannie nurza się w standardach, proponując jedynie własne interpretacje i aranże. Ten pociąg tylko czasami bywa wehikułem czasu, lecz w rzeczywistości mknie do przodu po świeżych szynach (choć wytworzonych „starą szkołą”). Taka właśnie jest muzyka proponowana przez Magdę Piskorczyk – jak życie tj. stare, dobre wino pite z nowego kieliszka. Próżno szukać tutaj prób łączenia klasycznego bluesa z nowinkami technicznymi sceny elektronicznej. To nie ta bajka. Poszukiwacze nowatorskich eksperymentów w muzyce z pewnością nie będą usatysfakcjonowani (choć wątpię, aby kiedykolwiek trafili na koncert tej artystki). A co z pozostałymi? Myślę, że znajdą coś dla siebie. Już pierwsze minuty koncertu Magdy Piskorczyk osadziły mnie w nieśmiertelnej (i niezawodnej) energii muzycznej – tej płynącej z żywych instrumentów i głosu ludzkiego w jego najbardziej naturalnej formie (no prawie – bo jednak wzmocnionego przez mikrofon). Bez żadnych trików. Bez żadnej ściemy. To weźmy na pierwszy ogień instrumenty…

Muzycy, których przyszło mi słuchać tego dnia, mają w ręku nie tylko fach, ale i feeling potrzebny do wykonywania tego typu muzyki (w skrócie – czują bluesa). Szczególnie silnie rzuca się to na uszy w przypadku Aleksandry Siemieniuk. Najbardziej ujęła mnie ona swoją pokorą (ach, ci gitarzyści!) względem instrumentu i oszczędnością brzmienia. To nie jest artystka kierująca się mottem „patrzcie jak szybko śmigam palcami”. Jej gra mówi nam raczej „słuchaj każdego dźwięku, bo nie jest on tutaj przypadkowo”. Brawo za wyczucie! Mnie, jako słuchaczowi, trudno jest uchwycić bluesowy pierwiastek perkusji i wypowiedzieć się rzeczowo na ten temat. O Bartoszu Kazku mogę napisać Wam tyle – z pewnością jest to utalentowany bębniarz i – co bardzo istotne – na pierwszy rzut oka widać, że dobrze czuje się w tej stylistyce. Dla odbiorcy jest to niezwykle ważne, bo „granie dla pieniędzy” z reguły śmierdzi na kilometr. Ja nie poczułem żadnych nieprzyjemnych zapachów. Perkusja ma to do siebie, że stanowi rytmiczną podstawę, której znacznie trudniej wyróżnić się czymś szczególnym, lecz – gdy zawodzi – potrafi rozłożyć cały występ. Kazek zadbał o solidną podstawę, na kanwie której pozwolił paniom czarować brzmieniem (dżentelmen!). Podczas całego koncertu było tylko kilka momentów (zdaje się, że dwa), w których – moim zdaniem – bębny huczały zbyt intensywnie względem pozostałych dźwięków (ale zostało to szybko naprawione). Nie jest to niczym nadzwyczajnym, bo zdarzało się na bardzo wielu koncertach, na których byłem.

fot. Damian Cholewiński

fot. Damian Cholewiński

A jak na tym tle wypadła sama Magda Piskorczyk? To wokalistka wytrawna (znowu wino!), która raczej stroni od mocnego „wygładzania” dźwięków. Można powiedzieć, że jej wokal jest dosyć chropowaty, lecz nawet mimo to potrafi uderzyć w subtelne tony. Zresztą to właśnie w tych pozornie najłagodniejszych momentach jego siła rażenia piorunuje najbardziej (choćby w Rzeźb Mnie, czy Alcoba Azul). Kolejnym punktem w programie koncertu na ul. Freta, który – wokalnie – zapadł mi najmocniej w pamięć był utwór Cler Achel i zawarte w nim wysokie wokalizy (?) przywodzące na myśl egzotyczne odgłosy dżungli. Choć Magda jest kojarzona głównie z bluesem, to w tym momencie odbywam zawsze mentalną wędrówkę do przedwojennej, jazzowej tradycji jungle sound, która dzisiaj pozostaje najczęściej zepchnięta w pokłady niepamięci (co jest wynikiem niefortunnego szafowania nazewnictwem gatunków muzycznych, ale to temat na inne rozważania). Wracając do Cler Achel – jest to utwór, który znalazł się na trackliście Afro Groove, stąd nie pozostaje mi on całkiem obcy. Tutaj duży plus dla Magdy i jej bandu – w wersji live zabrzmiał nieporównywalnie lepiej, z większym „kopnięciem” i energią, którą ciężko poczuć będąc pozbawionym bezpośredniego kontaktu z artystą. Kontrastując – Too Much Stuff jednak bardziej leży mi na płycie. Nie powinno się jednoznacznie traktować tego faktu jako uchybienie. W Galerii Freta została zaproponowana słuchaczowi po prostu nieco inna wersja tego utworu. Niestety, brak niezastąpionego Billy’ego Gibsona był odczuwalny. Ale, ale – nie można mieć wszystkiego… całe szczęście mieliśmy Magdę Piskorczyk. I to w naprawdę znakomitej formie! Choć głos tej artystki od lat definiowany jest jako „niski i zabrudzony”, to wachlarz środków wyrazu, którymi zostałem uraczony tego wieczoru znacznie wykraczał poza te określenia. Na uwagę zasługują tutaj wysokie rejestry w Alcoba Azul (możecie znać z soundtracku do filmu Frida, tam – w wykonaniu Lily Downs), o tyle ciekawe, że niepozbawione wspomnianego „zabrudzenia” (tak, tak – góry nie zawsze muszą być „słowicze”). Było to jednocześnie bardzo zmyślne zakończenie całego koncertu, w którym Magda pokazała, że nie powinno zamykać się jej pod kluczem w szufladzie z napisem „blues”. Choć latynoskie tango, tak dramatycznie nasycone tęsknotą, może wydawać się zupełnie inną bajką, to – paradoksalnie – skutecznie sprawdziło się w roli zwieńczenia.

A ja jednak tęsknię za bluesem. W tym naprawdę udanym występie zabrakło mi jednej rzeczy… Była ognista energia. Był pełen profesjonalizm i znakomite umiejętności muzyków. Był dobry kontakt z publicznością. Nie doczekałem tylko tego smutku, poczucia osamotnienia, rozpaczliwie wypełnianego przez dialog z instrumentem. Liczyłem na tę sytuację, gdy po call nie będzie response, a Magda – zostając na scenie całkiem sama – chwyci za gitarę i wyżali się jej, jak najlepszej przyjaciółce. Bo właśnie to jest dla mnie kwintesencją bluesa – ta magiczna relacja z instrumentem, która w przypadku żadnej innej muzyki nigdy nie jest tak intymna. A utworów w repertuarze Piskorczyk, które doskonale sprawdziły by się w tak minimalistycznym wydaniu jest naprawdę wiele. Z tych, które zabrzmiały tego wieczoru w Galerii Freta choćby Rzeźb Mnie, lub W. (The Other Side of The Blue). Wystarczyłby tylko jeden kawałek.

Mimo że zakończenie ciut jakby gorzkie, to taka też moja rola, żeby się gdzieś uczepić. Nie zmienia to faktu, że Magda Piskorczyk to zdecydowanie artystka godna uwagi. Jeżeli nie znacie – polecam to szybko nadrobić. Koncert oceniam jako udany, bardzo energetyczny, momentami „swojski” (ale w znaczeniu pozytywnym) i – co najważniejsze – odegrany na najwyższym poziomie. Wszystkich, a szczególnie tych, którzy po przeczytaniu pożałowali swojej nieobecności, odsyłam do materiału video z koncertu w Trójce. Setlista bardzo podobna, do tej z Galerii Freta. Łapcie link – http://www.polskieradio.pl/9/319/Artykul/1551564,Magda-Piskorczyk-czarny-glos-w-bialym-kostiumie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s