Muzyka / Recenzje

RECENZJA: Maria Magdalena – All is one (2015)

Muzyka sprawia nam przyjemność. Czasami możemy się od niej czegoś nauczyć i spojrzeć na świat przez pryzmat dźwięków, które drgają w komórkach naszego ciała. Nie raz nas przeraża, wzrusza, bawi, zależnie od tego gdzie powędruje jej dotyk, czuły i delikatny, bądź – w swojej intensywności – brutalny i agresywny. Wpływa do naszego wnętrza i staje się kojącym balsamem (dla duszy, rzecz jasna), lub żrącą substancją, która wskrzesza zabliźnione rany i wywołuje kolejne. Wędruje przez organizm… Pozostając ciszą dla niektórych jego elementów, inne płoszy swoim nieopanowanym hałasem. Czasami szepcze, mruczy, pobrzękuje. To wszystko czasami i tylko dla wybranych. Ale jedno robi zawsze – w końcu wypływa z nas i ucieka. Przeciskając się przez tkankę skórną, narusza jej strukturę. Nigdy nie będzie już taka jak przedtem… Żaden dźwięk nam nie umknie, każdy zostanie schwytany i zamieniony w ziarenko piasku. Dołączone do tłumu pozostałych, usypuje prawdziwe dzieło sztuki – dzieło, które żyje… i jest nami. To już nie jest dźwięk. To jesteś ty. Wszystko jest jednym…

All is one – pod tym tytułem kryje się muzyka projektu Maria Magdalena, przedsięwzięcia kompleksowego, które znacznie wykracza poza ramy klasycznego albumu muzycznego. Zaangażowani weń twórcy dołożyli wszelkich starań, aby swoją wizję artystyczną przedstawić za pomocą różnych środków wyrazu – od muzyki właśnie, przez taniec, teatr, film, a nawet animację 3D. Równolegle z ww. materiałem dźwiękowym ukazało się bowiem video, zatytułowane Pilgrimage of the soul. Nie mnie oceniać ogrom wysiłku, który został włożony w stworzenie tego projektu – to wiedzą tylko sami artyści, ja mogę się jedynie domyślać. Proces twórczy niech zatem pozostanie w sferze moich wyobrażeń – skupię się na odbiorze gotowego dzieła. Gdzie mnie dotknęło i w jaki sposób? O tym poniżej.

Na czyste płótno możesz nanieść każdy kształt, który zechce poprowadzić twoja dłoń – poruszana wrażliwością, tkwiącą wpierw w głębokiej czerni. Ostatnim obrazem, który pojawia się w Pilgrimage of the soul jest czarny ekran w towarzystwie dźwięków utworu zatytułowanego Pilgrimage. Koresponduje on z naszym własnym odbiorem muzyki, zaprasza do zamknięcia oczu i wypełnienia tej pustej przestrzeni tym, co zostanie pobudzone przez falę dźwiękową wpływającą do naszego wnętrza. To czas końca, który jest jednocześnie nowym początkiem… Nie wiem czy twórcy projektu Maria Magdalena założyli jaka kolejność jest tą poprawną. Czy odbiorca powinien zacząć od obrazu dopełnionego dźwiękiem, czy od samej muzyki? Liczę na to, że nie ma w tej kwestii żadnych założeń, a każdy wybór jest doskonałym startem do wyruszenia w tytułową pielgrzymkę. Ja zacząłem od Pilgrimage of the soul, ale – trochę jakby na przekór – skupię się na All is one.

Muzyka, którą dostaje słuchacz, rozciąga się na wiele dźwiękowych środków wyrazu. Tymi najbardziej kluczowymi są – elektronika (w różnych jej przejawach – do czego wrócę), żywe instrumenty (pośród których prym wiodą skrzypce) oraz partie wokalne. Każdy z rzeczonych elementów fluktuuje i przeistacza muzyczną całość – całe szczęście – w sposób, który nie burzy dźwiękowej dominanty i pozwala określić materiał przymiotnikiem „spójny”. Podejrzewam, że album zostanie wrzucony do worka z napisem „ambient”, co ma zresztą swoje uzasadnienie, bo atmosfera odprężenia i kontemplacji jest zdecydowanie jednym z istotnych wyróżników. Ambient – w tym wydaniu – nie odnosi się do odgłosów środowiska zewnętrznego (choć w utworze Coming back odnajdziemy dźwięk płynącej wody), lecz do wewnętrznego brzmienia jednostki ludzkiej. Kluczowe jest tutaj właśnie to wypełniane ciemnej przestrzeni, która pojawia się tuż po zamknięciu oczu. Wgląd we własne ja jest dodatkowo potęgowany przez inspiracje orientem, nadające odbiorowi tego materiału znamion medytacji (choćby tytuł ostatniego utworu – Zen – jest dosłownym ukierunkowaniem w stronę takiej interpretacji). Przykładów można znaleźć kilka, ale tymi, które zwróciły moją uwagę najsilniej są orientalne skrzypce w Universe oraz rozwiązania rytmiczne pojawiające się w Pantheon (przywodzą na myśl brzmienie wręcz rytualnych bębnów). Przyznam szczerze, że w kwestii wyważenia materiału pomiędzy wschodnimi inspiracjami a „europejską” muzyką elektroniczną, to wolałbym, aby rozkład sił prezentował się nieco inaczej. Moim zdaniem ten album aż się prosi o znacznie silniejsze doprawienie go orientem. W celu uzyskania takiego efektu najprostszym rozwiązaniem byłoby zaangażowanie muzyków, którzy na co dzień obracają się w szeroko pojmowanym nurcie world music (czy tylko ja pomyślałem o Azam Ali i jej mężu? Wokalnie współgrałaby idealnie z głosem Justyny Steczkowskiej!). W efekcie wyszło tak, że orientalne brzmienie jest raczej smaczkiem dopełniającym ten materiał (istotnym, ale wciąż smaczkiem), który nigdy nie wybija się na pierwszy plan, pozostając nieustannie przykrytym przez dominującą elektronikę. Czuję mały niedosyt, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że taka była decyzja twórców. Uważam po prostu, że dodanie ciut-ciut do tego pieca, dałoby świetny efekt i sprawiło, że muzyka byłaby jeszcze ciekawsza. Skuteczniej mogłyby zostać wykorzystane partie skrzypiec, w których często słyszę inspirację europejską muzyką klasyczną (Trust, Zen), lecz zbyt rzadko orient. Wspomnianych wyżej „bębnów” (w Pantheon) też chciałoby się więcej. Z kolei paleta różnorakich dźwięków elektronicznych nie sprowadza uczucia niedosytu. Poza ambientem można wychwycić (i skojarzyć) nawiązania do trip-hopu (choćby Trust, podczas słuchania którego przyszedł mi na myśl zespół Lamb), muzyki stricte klubowej (gdyby ktoś mi powiedział, że utwór Ave (No control) został wyprodukowany przez Calvina Harrisa, to byłbym skłonny uwierzyć – najlepsze, że ten kawałek naprawdę pasuje do reszty!), a nawet muzyki industrial (Asking me, asking you). Producent albumu – Jakub Rene Kosik skutecznie zadbał o to, aby słuchacz odkrywał ukryte pokłady dźwięków z każdym kolejnym przesłuchaniem albumu. To duży atut tego materiału – nie nudzi po dwóch, bądź trzech przesłuchaniach, a zaciekawia już za pierwszym. Kompozycje są naprawdę „gęste” i – co ważne – dobrze sprawdza się to także przy wolnym tempie. Nie wiem jak odniosą się do tego faktu fani bardziej minimalistycznego grania, ale moim zdaniem wszystko mieści się w zdrowych granicach i nie jest „przeładowane”. Owszem, nagromadzenie dźwięków jest duże, lecz są one bardzo sprawnie utkane w muzyczną całość i tworzą wrażenie rozległej przestrzeni, w której możemy usłyszeć również to,  co dobiega do nas gdzieś z oddali. Sam miałem dużą przyjemność, kiedy podczas kolejnych przesłuchań poszczególnych utworów udało mi się wychwycić elementy, które za pierwszym razem „utonęły” w gąszczu pozostałych i przemknęły jakby poza moją świadomością. Tym samym pragnę uczulić słuchacza, aby nie poprzestawał na jednorazowym kontakcie z tym materiałem i również „pobawił się” w łowienie uchem dźwięków, które – zanurzone głębiej – mogą z początku zostać zignorowane. Produkcyjnie album stoi na bardzo wysokim poziomie, jeżeli pojawiają się zgrzyty, to tylko te zamierzone, a nie wynikające z jakichkolwiek niedociągnięć.

Trudno wskazać tutaj jeden, najjaśniejszy punkt. Na pewno utworem, który w sposób zdecydowany wyróżnia się na tle pozostałych jest wspomniany już Ave (No control). Następuje tutaj zwrot w stronę bardziej klubowego brzmienia, co nadaje całości swoistego oddechu. Umiejscowienie tej kompozycji dokładnie w połowie materiału uważam za najlepszy wybór. Taka chwilowa zmiana daje słuchaczowi możliwość odetchnięcia i rozluźnienia koncentracji, której wysokiego poziomu wymagają pozostałe utwory. Zresztą sam tekst (just lose control) ukierunkowuje nas w stronę zapomnienia o naszej muzycznej medytacji i pozwolenia, aby porwał nas prąd napływających dźwięków. Przerwanie pozbawionej ruchu kontemplacji i nagłe położenie nacisku na sferę fizyczną kontynuuje się w utworze Female. Tym razem skojarzenia nie odnoszą się już do tańca na parkiecie, tylko miłości – tej cielesnej. Elementem, który przywołuje takie konotacje są przede wszystkim partie wokalne Justyny Steczkowskiej – charakterystyczne pomruki i odgłosy przywodzą na myśl seksualne upojenie. Pozwolę sobie przywołać jeszcze jedną kompozycję, która zdecydowanie zasługuje na takie zaakcentowanie. Zamykający album Zen stanowi idealne wyjście ze stanu quasi-medytacji, w który zostaje wprowadzony słuchacz. Rozwiązaniami technicznymi, które wyróżniają ten utwór są: wykorzystanie harfy (dotąd nieobecnej) oraz głos Mai Takeuchi (wcześniej słyszeliśmy tylko Justynę). Po wybrzmieniu ostatnich dźwięków All is one zacząłem się zastanawiać kiedy ostatnio zetknąłem się z tak „mocnym” zakończeniem materiału muzycznego. Uniwersalistyczny przekaz całego projektu, gdzie człowiek jawi się nam jako element wszechświata, połączony jakimiś niewidzialnymi strumieniami z pozostałymi składowymi (co pozwala rozszerzyć bytowość tej jednostki właściwie na wszystko!), ujawnia się w tym utworze z ogromną siłą. Ostatnimi słowami, które docierają do słuchacza jest zdanie sore wa anata (jap. to jesteś ty). I to jest właśnie ten moment uderzenia! Zostajemy postawieni w absolutnym centrum, włączając w obręb własnego ja cały świat (nie tylko w znaczeniu materialnym). Mikrokosmos jednostki ludzkiej przyrównany zostaje do makrokosmosu totalnego. Wszystko jest jednym… wszystko jest nami. Ta świadomość z jednej strony nas uwzniośla, lecz z drugiej paraliżuje. Będąc skrajnie samowystarczalnymi, zostajemy pozbawieni możliwości jakiegokolwiek kontaktu z obiektem zewnętrznym (bo przecież taki nie istnieje). Zen nie kończy się jednak przytoczonymi wyżej słowami, po nich następuje powolne wyciszanie pozostałych dźwięków, pozwalające nam finalnie na otwarcie oczu i powrót do rzeczywistości. Ta podróż była inspirująca!

Jeżeli chodzi o słabsze momenty albumu, to wskazałbym na utwór Where are you, Sophie?. Niezwykle rozciągnięte partie wokalne są niestety dosyć męczące. Trudno również skupić się na samej muzyce, która wypada dosyć blado przy pozostałych kompozycjach. Skupienie się na poszczególnych elementach nie przynosi satysfakcji odkrywania czegoś nowego. Skrzypce zachowują się w sposób podobny do wokalu, sprawiając nieraz wrażenie wtłoczonych w całość niejako na siłę. Jest to również utwór, który najbardziej „umyka”, nie pozostaje w pamięci. Jedynym naprawdę interesującym momentem jest dosyć dziwna, trochę jakby dziecięca wokaliza pojawiająca się na samym końcu. Podchodziłem do tej kompozycji kilkakrotnie, lecz mimo to nie mogę się do niej przekonać. Pozostanę zatem niemądry, trudno.

Maria Magdalena - Pilgrimage of the soul, screen

Maria Magdalena – Pilgrimage of the soul, screen

Wokal Justyny Steczkowskiej jest zapewne doskonale znany polskiemu odbiorcy. Ciężko wymagać jakiejś rewolucji (kosmicznej!) od tej artystki, tym bardziej, że paleta środków, których używa jest i tak szeroka. Dominują głownie wysokie rejestry, co dla niektórych może być nużące, lecz moim zdaniem dobrze współgra z mieszanką dźwiękową, którą serwuje nam Maria Magdalena. Podobnie jak w przypadku samej muzyki, tak i tutaj mamy do czynienia z dużym zagęszczeniem – partie wokalne są często nałożone na siebie i skutecznie oddają wyżej wspomnianą „rozległą przestrzeń”. Innym zabiegiem, który został nierzadko zastosowany, jest potraktowanie głosu Justyny różnymi efektami. Dzięki nim wokal bywa czasami stłumiony, innym razem niesie się echem, lub rozmywa w pozostałych elementach dźwiękowych. Jest to kolejny przykład konsekwentnego dopieszczania materiału w studiu i próba (moim zdaniem udana) naświetlenia głosu Justyny ze stron wszelakich. Dodatkowym atutem są przeróżne (lecz nienachalne) smaczki, takie jak te w Female. Osoby negatywnie nastawione do wokalu Steczkowskiej pewnie nie zmienią zdania po przesłuchaniu All is one, ale cóż – mnie się podoba.

Podsumowując – All is one może dla niektórych być materiałem zbyt przytłaczającym, wręcz monumentalnym. Fani prostych melodii raczej się w nim nie odnajdą, inni z pewnością docenią bardzo dokładny szlif producentów. Zwolennicy eksperymentów i ciągłego poszukiwania „czegoś nowego” również mogą poczuć się zawiedzeni, bo choć brzmienie jest naprawdę ciekawe, to ciężko nazwać je mianem nowatorskiego. Wszystkim innym polecam – to bardzo piękny album, który odznacza się nie tylko precyzją i przestrzennością, lecz również świetnym wykonaniem i niebanalnością. Moim zdaniem jest to jedno z najciekawszych wcieleń Justyny Steczkowskiej, a najważniejsze, że powstało nie dla pieniędzy, tylko z czystej potrzeby tworzenia! Album All is one (wraz z filmem Pilgrimage of the soul) możecie pobrać za darmo ze strony www.mm-allisone.com. Co ciekawe – materiał jest bardzo przewrotnym głosem sprzeciwu wobec powszechnego okradania artystów na drodze nielegalnego pobierania muzyki z Internetu. Warto docenić artystów, którzy tak solidną produkcję udostępniają nieodpłatnie i ruszyć do sklepu po ich inne wydawnictwa – tym razem z banknotami w kieszeni!

Krótko o filmie Pilgrimage of the soul – jest on taki sam jak muzyka, dopracowany, pełen różnych rozwiązań technicznych i artystycznych. Przenikają się w nim bajeczne plenery, animacja 3D oraz sceny „toczące się” na deskach teatru. Nie usłyszymy tutaj wszystkich utworów z All is one (brakuje All is…, Where are you, Sophie? – poza kończącą utwór wokalizą, oraz Coming back), natomiast został on wzbogacony dodatkową kompozycją – Crystal children. Materiał podzielony jest na 7 scen, pomiędzy którymi możemy posłuchać fragmentów apokryficznej ewangelii Marii Magdaleny (w języku japońskim, z angielskimi napisami). To przedsięwzięcie naprawdę dużego kalibru. Widać, że nikt tutaj grosza nie liczył. Centralną postacią jest Maria Magdalena, która będzie powracać do widza po każdej scenie, a w przypadku wielu z nich również w trakcie. Pozostałą część wizualnej strony projektu tworzą pojedyncze historie, które – mimo to – powinniśmy traktować raczej całościowo, jako spektrum natury ludzkiej, ze wszystkimi jej blaskami i cieniami. Ja odbieram te obrazy jako przykłady zachowań człowieka oraz sytuacji, w których może on się znaleźć. Myślę, że założeniem twórców projektu nie była chęć pokazania odbiorcy wszystkich możliwości (byliby naiwni, gdyby sądzili, że to w ogóle możliwe), tylko wybranie kilku z nich – ich zdaniem najistotniejszych – i pokazanie jak wiele sprzeczności może tkwić w nas samych. Czarny ekran, o którym wspomniałem na początku tego tekstu, stawia nas przed podobnym wyborem i zaprasza do przyjrzenia się różnym ewentualnościom, w których bohaterami nie byliby już zaangażowani aktorzy, tylko my sami. Zapraszam i ja!

MARIA MAGDALENA – PILGRIMAGE OF THE SOUL from Meth Dears on Vimeo.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s