Filmy/Obejrzane

Nie taka Lilith straszna (Light My Fire, Tel Aviv, reż. Alessandra Chillaron i Ychai Gassenbauer)

Przychodzi mi pisać o skrajnie różnych rzeczach. Ale to nie tak, że coś do mnie podchodzi z własnej woli i mi się narzuca, to raczej ja sam podbiegam, rzucam się nań i łapię za nogi, lub inne części ciała (zależy co się w ręce napatoczy). Jako że poruszany w niniejszym tekście temat jest nieprzyzwoity, bezbożny i zły, to oczywiście w tym wypadku w grę nie wchodzą nogi… Pewnie niektórym ten fakt uszami się wylewa, lub nosem (bo w głowie nie mieści) – jak można takie nieskromności w biały dzień wyczyniać!? Tłumaczę – to wszystko kwestia wychowania. W moim przypadku jest to najwyraźniej złe wychowanie…

Wstydu nie znając i Boga się nie bojąc, ochoczo ruszyłem do warszawskiej Kinoteki na Festiwal Filmów LGBT. Przyznaję, magnetyzm gorszej strony mocy działa na mnie nie od dzisiaj. Ale to tylko jeden z argumentów! Ważny był również fakt, że tegoroczna edycja festiwalu była siódmą, tj. ostatnią – zdaniem uczonych w piśmie. Podobnież księgi głoszą, że tłusta-rozpusta pójdzie w niepamięć, a jej miejsce zajmie chuda-(znajdź rym – byle nie buda! Może nuda?). Stwierdziłem, że takiej okazji to ja nie mogę przepuścić. Jakby tego było mało – postanowiłem dać świadectwo mojego z niej skorzystania. Choć użyłem sobie nie raz, to skupię się na jednym, dosyć szybkim numerku. Trwał jedynie 14 minut, lecz nawet mimo tak krótkiego dystansu (zwanego niekiedy metrażem), zasłużył sobie na moją atencję. Czym? O tym poniżej.

W wyniku festiwalowej gorączki, tj. niełatwego wyboru seansów dla siebie, trafiłem m.in. na blok filmów krótkometrażowych pod zagadkową nazwą Bliżej Izraela. Od razu podpowiem, że nie ma tutaj niczego podchwytliwego i w gruncie rzeczy to zagadka banalna – chodzi oczywiście o produkcje made in Israel. Spośród sześciu wyświetlanych obrazów, moją uwagę przyciągnął, w stopniu najintensywniejszym, film zatytułowany Light My Fire, Tel Aviv i to właśnie tę pozycję wezmę pod przenikliwe (jestem nieskromny, wiem) promieniowanie mojego umysłu. Za realizację filmu odpowiada dwójka reżyserów – Alessandra Chillaron oraz Ychai Gassenbauer, którzy wspólnie tworzą studio Monocle Productions. W kontekście omawianego projektu można powiedzieć, że Tel Aviv buduje partnerstwo z takimi miastami jak Berlin, Turyn, Bruksela i Zurich. A ta relacja jest prawdziwie ognista, bo w rolę spoiwa wcieliła się… zapalniczka (tak, taka zupełnie zwyczajna). Niczego sobie nie wymyśliłem i migiem wyjaśniam skąd wynikają te dziwne wnioski. Obraz zrealizowany przez Chillaron i Gassenbauera został pozbawiony swojej pierwotnej rodziny i włączony w zupełnie nową, którą nazwano Bliżej Izraela. Spajająca rola zapalniczki i ognia uleciała gdzieś wraz z dymem, a na jej miejsce wkroczyły dwa inne elementy, stanowiące o „rodzinnej” więzi – Izrael oraz LGBT. Wróćmy jednak do sytuacji wyjściowej Light My Fire, Tel Aviv. Film jest jednym z pięciu, które zostały zrealizowane w ramach projektu Light My Fire. W przypadku tego przedsięwzięcia kluczem jest zapalniczka – drzwi, które przed nami otwiera prowadzą na ulice wspomnianych wcześniej miast. Projekt został zainicjowany przez Irene Andrei, a wzięła w nim udział siódemka reżyserów (dwa duety, reszta „solo”), których zadaniem było zrealizowanie filmów krótkometrażowych opartych na identycznym koncepcie. W sposób literalny i materialny, prezentowane historie połączone są dzięki zapalniczce, będącej niejako bohaterką każdego z nich. Ich wzajemna relacja sięga jednak znacznie głębiej. Iskra rozpala nie tylko ogień pojmowany w znaczeniu dosłownym, lecz również powoduje wybuch uczuć i to zdecydowanie tych, które możemy określić mianem „gorących”. To pokrótce o genezie Light My Fire, Tel Aviv. Od genezy przejdę powoli do Genesis, które jest dosyć istotnym filtrem w rozumieniu i interpretacji filmu.

Light My Fire – trailer from Roberto Priamo Sechi on Vimeo.

Historia zaprezentowana w Light My Fire, Tel Aviv jest z pozoru prosta i opiera się na przypadkowym spotkaniu, które pociąga za sobą rozpalenie wspomnianych uczuć. Znaczenie ognia zostaje przedefiniowane z dosłowności na symboliczność. Raz rozpalone emocje nie gasną po chwili, a potrzeba ich podtrzymywania staje się imperatywem kategorycznym. Możemy nawet pójść o krok dalej i posłużyć się pojęciem obsesji, która nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Film teoretycznie przedstawia zdarzenie pomiędzy dwójką konkretnych bohaterów, lecz ich niedookreślenie stawia pod znakiem zapytania ową konkretność i jednostkowość ich doświadczenia. Postaci zostają odarte ze swojej indywidualności i – jako, że nie są nakreślone w sposób szczegółowy – przestają stanowić same o sobie, a stają się symbolami, w które możemy wpisać doświadczenie ludzkie w pojęciu znacznie szerszym. De facto bohaterką filmu jest Lilith, a kluczem do jego zrozumienia są skojarzenia, które nieodłącznie wiążą się z tą postacią. Niejednoznaczność tych skojarzeń jest zresztą największym atutem Light My Fire, Tel Aviv i sprowadza pewien niepokój oraz konsternację. Widz nie dostaje gotowego dania na tacy, lecz staje przed składnikami, które musi połączyć w pewną całość, bez szczegółowych instrukcji, jak dokładnie powinien to zrobić. Powinność wydaje się tutaj stanowić największe zagrożenie, a jakakolwiek próba dopatrywania się jednego, poprawnego przepisu odbiera urok budowania własnego rozumienia. Magnetyzm zaprezentowanej historii jest zbudowany właśnie na pewnym specyficznym uroku. Choć jego efekt widzimy na ekranie, to nie wiemy w jaki sposób został rzucony. Magiczne, bo chyba można użyć takiego określenia, przyciąganie, które pojawia się pomiędzy dwójką bohaterów jest związane z pojęciem pożądania, które jest przecież niezwykle enigmatycznie i nierzadko zupełnie niezrozumiałe. Oczywiście nie oznacza to, że powinniśmy całkowicie wyłączyć swój umysł i bezmyślnie podążać za obrazami, które dostarcza nam ekran. Wręcz przeciwnie – naszym obowiązkiem jest próba wgłębienia się w symbolikę filmu i poskładania konkretnych elementów w jakąś całość. Niekoniecznie musi ona idealnie przystawać do zamysłu reżyserów, najważniejsze jest to, aby odnosiła się do naszego doświadczenia i wiedzy, którą albo już posiadamy, albo dopiero zdobędziemy podczas researchu, poczynionego po (lub przed) obejrzeniu Light My Fire, Tel Aviv.

Dosyć łatwo dostrzeżemy tutaj dwie dopełniające się role – Lilith oraz „ofiary”, zwabionej jej urokiem. Warto jednak odrzucić proste kategoryzowanie na zło (Lilith) i niewinność (ofiara). Spojrzenie naznaczone taką jednoznacznością odbierze nam  wszystko to, co jest najbardziej fascynujące w tym obrazie. Obydwie postacie niosą ze sobą energie, które pozornie leżą na przeciwległych biegunach. Z jednej strony mamy bowiem Lilith, która w interpretacji reżyserów jest mężczyzną (przynajmniej w dosłownym znaczeniu), zawłaszczającym sobie atrybuty kobiety. Uwidacznia się to przede wszystkim na najprostszym poziomie wizualnym (mówiąc łopatologicznie – jest przebrany za kobietę). Pozostaje jednak pytanie, czy kategoria płci gra tutaj jakąkolwiek rolę? Może płci po prostu nie ma, jeszcze nie ma, lub nie ma, pomimo nakazu, jaki wywiera na jednostkę rzeczywistość. Konieczność stwierdzenia, że intymna relacja rozwija się pomiędzy dwójką mężczyzn wcale nie musi być obligatoryjna. Uniwersalność przedstawionej historii jest podkreślana właśnie poprzez odniesienie jej do pary pierwszych ludzi, nie pierwszej kobiety i pierwszego mężczyzny (te kategorie wydają się niepotrzebne). Genesis, jako stworzenie, tj. podstawa naszego świata, pozwala nam na cofnięcie się w czasie do momentu, w którym nasze ludzkie pojmowanie rzeczywistości wyzbywa się wszystkich cegiełek, narzuconych później przez cywilizację i kulturę (ba, nawet biologię!). Oczyszczenie z wpływów rozwoju ludzkości odkrywa przed nami znaczenia, które skutecznie były maskowane przez strukturę świata, znanego nam z codzienności. Paradoksalnie sprzeczne kategorie kobiety i mężczyzny zostają zanegowane – Adam pozostaje mężczyzną, a jego partnerka – Lilith – nie jest już kobietą, lecz również zostaje włączona w obręb płci męskiej (lecz tylko dosłownie). Nie oznacza to wcale, że pomijamy atrybuty kobiecości. W momencie, gdy pozbywamy się figury kobiety, jednocześnie przekreślamy istotę mężczyzny, jako że nie posiadamy już punktu odniesienia i rozróżnienia. Wydaje się, że obie postacie łączą w sobie cechy obu płci, lub – idąc dalej – całkowicie zaprzeczają konieczność ich używania. Podobnie wygląda sytuacja z antagonizmem Lilith, jako tej która rzuca swój demoniczny urok, względem uwodzonej i niewinnej ofiary. Istotna jest tutaj ewolucja znaczeń przypisywanych tej postaci – wpierw utożsamiana z na wskroś złym demonem, który atakuje tak bezbronne istoty jak dzieci, następnie przedefiniowana przez teorie feministyczne, nadające jej zdecydowanie pozytywnych cech: niezależności i buntu wobec męskiej dominacji. Sceną, dającą niezwykle dużo do myślenia, jest ponowne spotkanie dwójki bohaterów, odbywające się w mieszkaniu tego, który odgrywa rolę Lilith. W tym momencie warto odnieść się do innych powiązań, ciążących nad Lilith, tj. utożsamiania jej z sukkubem, który nawiedza i wykorzystuje mężczyzn. Alessandra Chillaron i Ychai Gassenbauer zdecydowali się na pewne odwrócenie ról. W prezentowanej przez nich historii to Adam „nawiedza” Lilith i zupełnie świadomie (nie podczas snu) oddaje się pożądaniu. Tym samym nie możemy już jednoznacznie stwierdzić, że został on wykorzystany, a stawianie go w roli ofiary nie jest jedyną możliwą interpretacją (choć nadal możemy się tego trzymać). Energia niesiona przez tę postać nie musi być zatem sprzeczna wobec tej, która emanuje od Lilith. Owszem, to z jej strony pada swoiste zaproszenie do ponownego spotkania, które wyraża się w symbolicznym otwarciu drzwi, lecz poza tym, jej postawa jest bierna, niezmuszająca do niczego. Wydaje się, że Lilith, jako symbol wolności i niezależności, przestaje akcentować jedynie własne ja, a oddziaływanie wymienionych przymiotów rozszerza się także na Adama. Zaproszenie zostaje przyjęte, a postacie, które zwyczajowo stanowią o swojej wzajemnej rozbieżności, nagle wypowiadają (choć bezgłośnie) to samo słowo: tak. Jest ono nie tylko podstawą ich relacji, lecz również obala konieczność istnienia jakichkolwiek różnic pomiędzy nimi. Tym samym dostrzegamy głębszy sens w fakcie, że duet reżyserski zdecydował się właśnie na związek homoseksualny. Ten zabieg ułatwia widzowi dojście do powyższych wniosków, gdyż odrzuca podstawowy wyróżnik, tj. płeć, którym kategoryzujemy ludzi niejako pod dyktando codziennej rzeczywistości. W tym momencie możemy pójść o krok dalej i postawić przed sobą kolejne pytanie. Czy przedstawiona w filmie relacja rzeczywiście dokonuje się pomiędzy dwójką ludzi? A może by tak zaryzykować zanegowanie odrębności na poziomie absolutnie podstawowym, tj. fizycznym. Ta namiętność może się przecież odgrywać w każdym z nas…

Powyższa analiza nakreśla jedynie tory koncepcyjne, na które Light My Fire, Tel Aviv ukierunkował mnie, jako konkretnego, jednostkowego odbiorcę tego filmu. Historia przedstawiona w obrazie Chillaron i Gassenbauera wydała mi się najciekawsza, głownie przez wzgląd na swoją niedosłowność, która pozostaje otwarta na różne skojarzenia i drogi interpretacyjne. Nie jest to jednak jedynym atutem tego filmu – kwestie techniczne również stoją na wysokim poziomie. Nie tylko umysł znajdzie tutaj coś dla siebie, oczy i uszy również powinny być usatysfakcjonowane. Pokrótce o stronie wizualnej i dźwiękowej Light My Fire, Tel Aviv. Na uwagę zasługuje fakt, że twórcy filmu skutecznie zastosowali różne formy wyrazu artystycznego. Nie jest to wprawdzie niczym odkrywczym w odniesieniu do dzieła filmowego, lecz nie zawsze mamy do czynienia z siecią, utkaną w tak zręczny sposób. Przede wszystkim dostrzeżemy tu przeplatanie się scen stricte filmowych, z tymi, które bardziej kojarzą się z teatrem. Historia spotkania dwóch mężczyzn rozgrywa się niejako w scenerii pieśni Lilith, która jednocześnie stanowi komentarz i wskazówkę w odkrywaniu znaczeń, nawarstwiających się na omawiane dzieło. Scena wykonania wspomnianej pieśni – wizualnie – bliższa jest formie teatralnej, choć zostało to zaprezentowane w nienachalny sposób. Twórcy zdecydowali się na postawienie aktorów w sytuacji scenicznej, lecz nas – odbiorców – nadal traktują jak widzów filmowych, stąd praca kamery podczas rzeczonej sceny jest nadal filmowa, choć przecież równie dobrze duet mógłby postawić kamerę nieruchomo i nadać jej znamion nieożywionej publiczności. Taki zabieg rzeczywiście byłby znacznie bardziej wymowny, lecz pozostaje pytanie, czy ta wymowność nie ocierałaby się już o łopatologiczność. Myślę, że silne wykorzystanie możliwości kamery podczas sceny niby-teatralnej jest znacznie lepszym rozwiązaniem. W Light My Fire, Tel Aviv zetkniemy się z wieloma zbliżeniami i detalami, które są szczególnie często stosowane właśnie podczas wykonania pieśni Lilith. A wykonanie to nie byle jakie! Dla mnie, jako człowieka znacznie głębiej zanurzonego w muzyce, aniżeli filmie, był to jeden z najsilniej działających magnesów. Yarden Erez wykonał kawał solidnej pracy i skomponował muzykę, która nadbudowuje znakomity klimat wokół prezentowanej historii. Co warte podkreślenia – mamy tutaj do czynienia z dźwiękami wygenerowanymi przez żywe instrumenty, co pewnie nie będzie zaskoczeniem, gdy dodam, że kompozytor ochoczo zaczerpnął z folkloru żydowskiego. Jeżeli chodzi o wokal w rzeczonej pieśni, to idealnie wpasowuje się on w tematykę filmu i kluczy pomiędzy głosem męskim, a kobiecym, przywodząc jednoznacznie skojarzenia z kontratenorem.

Podsumowując, moja wrażliwość okazała się wyjątkowo nieodporna na iskrę, którą wydobył z siebie film Light My Fire, Tel Aviv, na wielu rożnych poziomach. Domyślam się, że sposobności na zobaczenie tego obrazu będzie w Polsce raczej niewiele. Jeżeli na jakąś natraficie – polecam skosztować. Może Wam również zasmakuje!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s