Moja Pisanina/Opowiadania

Diabły cz. I

Rankiem obudził nas krzyk mewy. Znowu mewa. Spaliśmy na plaży. Znowu. Delikatnie obejmujesz mnie ciepłym ramieniem. Robisz to zawsze w taki sam sposób. Zmarzłem, ale wiem, że zaraz przegonisz ten chłód swoim dotykiem i przygasłym oddechem. Budzi się. Dopiero się budzi. Twój oddech. Stopniowo nabiera pewności, aż w końcu pozwoli ci na wydobycie głosu. Wtedy mnie przywitasz, tak po prostu. Potem zamilkniesz i nie uronisz już żadnego słowa. Ja się uśmiechnę. Tylko tyle, tak po prostu. Będę milczał. Nie mamy czasu na nic innego – musimy iść dalej. Nie wiem dokąd, ale przecież dobrze nam się idzie. Poruszamy się w bezpiecznej, sprawdzonej scenerii. Nie ma burzy. Myślę o niej czasem. Trochę mi jej brakuje. Tęsknię. A ty? O czym myślisz? Boję się zapytać. Kiedyś nawet nie próbowałem. Nie było takiej potrzeby, gdyż z góry znałem odpowiedź. Wtedy jeszcze nie słyszałem tego uciążliwego kołatania w mojej głowie. Wzmaga się każdego dnia. Znalazłem sposób, aby z nim walczyć. Rytmiczny hałas cichnie, gdy wpatruję się w ciebie. Antidotum – ty i nasza wędrówka. Niestety, zawodzi coraz częściej. Kiedyś byłeś idealnym lekarstwem, cudownym środkiem na wszystkie dolegliwości. Coś się zmieniło. Pojawiły się one. Ich odporność wzrasta. Uwzięły się na mnie. Są jak głodne komary, które nigdy nie dają za wygraną. Próbuję je odegnać, skupiając się na tobie. Czasami pomaga, lecz przychodzi mi to z coraz większym trudem. Coś mi przeszkadza. Coś puka. Nawet gdy tego nie słyszę, to wiem że tam jest, tylko jakby uśpione. Wtedy mogę przynajmniej udawać, że ich nie ma, ale one wciąż we mnie tkwią i czekają na odpowiedni moment do ponownego ataku. Czy masz tak samo? Czy też masz te małe diabły w głowie? Najbardziej boję się tego, że one rosną. Rozpychają się, z dnia na dzień coraz zacieklej. Po nocy są najśmielsze… A może to kwestia chodzenia? Kiedy idziemy, to słabną, męczą się i nie pukają tak zawzięcie. Teraz są głośno – tuż po przebudzeniu zawsze siedzimy przez krótką chwilę. Wstańmy już i chodźmy dalej. Będą wtedy ciszej.

Podnosisz się. Powolnym ruchem ręki strząsasz piasek, który przyległ do twojej skóry oraz ubrania. Robię to samo. Dlaczego pozbycie się diabłów nie może być takie proste? Chciałbym zrzucić je z siebie, podeptać i natychmiast o nich zapomnieć. Nie umiem. Potrzebuję pomocy. Lek nie potrafi zwalczyć przyczyny, łagodzi jedynie objawy. Nie pokażesz mi jak się od nich uwolnić. Nie możesz, one są tylko we mnie. Gdyby wyskoczyły z mojej głowy i stanęły przed nami, wtedy dowiedziałbyś się o ich istnieniu oraz o tym, jak straszliwie mnie dręczą. Pospieszyłbyś mi na ratunek. Razem dalibyśmy im radę. Nie możesz, one są tylko dla mnie. Bez ciebie jestem bezradny. Z nimi muszę poradzić sobie sam. Czasami czuję się jak twój cień – niedoskonały, działający z opóźnieniem. Czy tak wygląda zaufanie? Jest cieniem? Robię to samo… pozbywam się piasku i czekam na twój pierwszy ruch. Natychmiast go powtórzę i ruszę naprzód tym samym krokiem. Jeszcze nie gubię rytmu naszej wędrówki. Nauczyłem się go. Nie zostaję w tyle. Inny dawno już straciłem. Znam również szum morskich fal. Zawsze identyczny. Znam wiatr, który nigdy nie zmienia siły ani kierunku. Nie musimy chować się przed deszczem. Burza nie nadejdzie. Znam was wszystkich na pamięć. I kiedy zaczynasz iść, ja robię to samo. Pukają ciszej. Dobrze. Nie chcę słyszeć tego dźwięku. Chyba po prostu się ich boję. Kiedyś byłem beztroski i nie znałem strachu. Już taki nie jestem… Nie potrafię zatrzymać myśli. Boję się ich. Chciałbym. Wciąż próbuję, ale już tak nie umiem. Coś straciłem. Potrzebuję nowej nauki. Straciłem ten drugi rytm. Gdyby wyschło morze i ustał szum wiatru, to mógłbym usłyszeć bicia naszych serc. Jeszcze do niedawna były identyczne. Sprawdzałem to nocą. Przytulałem się do ciebie i kładłem dłoń na twojej piersi. Zasypialiśmy w tym samym czasie, zwalnialiśmy jednym tempem. Dzisiaj usłyszałbym dwa odrębne tętna. Do mnie należy to szybsze. Brakuje mi dawnego spokoju. Już nie jestem beztroski. Gdzieś w moim wnętrzu zagnieździły się diabły, przywołały niepokój i bezlitośnie poganiają wszystkie elementy układanki, zatytułowanej ja. Bezskutecznie usiłuję je wypędzić, zwolnić i na powrót dostroić się do ciebie. Nie zawsze się udaje. Coraz rzadziej, chociaż wciąż próbuję. Czasami chciałbym mieć przycisk off w swoim mózgu, aby móc się wyłączyć, olać to wszystko i udawać, że nadal jesteśmy tacy jak kiedyś. Pusta, bezwładna kukiełka. Kierowana przez ciebie, nastrojona według twojego rytmu. Bezmyślna i beztroska. Wszystko zrobiłbyś za mnie. Cień doskonały. Bezpośrednio przechwytując strumień twoich myśli, miałbym pewność, że nawet w naszych głowach jest dokładnie to samo. W mojej są teraz diabły. Zabierają mi przestrzeń. Mam coraz mniej miejsca dla ciebie. A ty? O czym myślisz? Chciałbym zapytać, ale uwięzione słowa nie potrafią przejść przez gardło. Codziennie postanawiam, że zrobię to właśnie dzisiaj. Walczę każdego dnia. Próbuję zerwać łańcuchy, oswobodzić je z tej dziwnej niewoli. Mógłbyś w końcu usłyszeć mój głos. Pamiętasz jeszcze jak brzmi? Codziennie przegrywam. Może teraz? Tak! Chcę tego, ale… nie wierzę. Nie uda się. Nie wygram. Wydostał się tylko jakiś marny, zdławiony dźwięk, który nie zdołał stworzyć nawet jednego słowa. Rozpłynął się w tym świdrującym stukocie. Próbowałem. Zagłuszyły mnie diabły. Nie usłyszałeś.

rys. germatoid

rys. germatoid

Czy ta plaża gdziekolwiek się kończy? Jak długo będziemy wędrować, otoczeni przez zastygły krajobraz? Coraz bardziej pragnę burzy. Tęgi deszcz zmusiłby nas do zboczenia z wciąż niezmiennej trasy, w poszukiwaniu schronienia. Mógłbym w końcu poczuć pod stopami podłoże, którego kształty nie ograniczałyby się do drobinek piasku. Gdzieś z ukrycia obejrzelibyśmy taniec drzew, wykrzywianych pod srogim oddechem wiatru. Od dawna oglądam je już tylko z daleka. Jałowa plaża nie wydała na świat ani jednego. Tutaj nie ma niespodzianek – jest tylko zimna, kamienna poza. Nawet nasza wędrówka wydaje się być jedynie pozorem ruchu. Choć słyszę kroki, to czasami odnoszę wrażenie, że wcale się nie przemieszczamy. Jak na obrazku. Ograniczeni brzegami kartki papieru. Dwie postacie. Idą. Poruszają się – tak wyglądają, wskazuje na to ułożenie ich ciał. Zatrzymany krok. Stopklatka. Idą. Nie poruszają się. Idą w miejscu. Wtóruje nam krajobraz. Cierpi na tę samą chorobę, która ogranicza jego żywotność do martwego wzorca, dyktowanego przez niczym niezachwiany cykl dnia i nocy. Fale łagodnie wylewają się na piasek. Słońce i wiatr próbują go osuszyć. Pod musztrą rzeczywistości. Bez najmniejszych oznak buntu. Spokojne – jak rytm twojego serca. Może tylko udają? Może, po tym jak już wygasimy nasz wzrok, dopiero budzą się i wybuchają szaleńczym żywiołem? Nie umiem dłużej udawać. Zgubiłem dawny rytm. Przestałem tutaj pasować. Ponaglany, przyjąłem tempo burzy. Nie przystając do wszechobecnego spokoju, zacząłem wyczuwać w nim niepokój. Intuicja mnie nie zawiodła. W naszym bezpiecznym, przewidywalnym świecie zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony. Od wewnątrz – zaatakowany przez diabły. Walczę, skupiając się na twoich krokach. Usilnie wytężam słuch, abyśmy mogli być wciąż na tym samym obrazku. Kiedyś przychodziło mi to bez najmniejszego trudu. Zapewniał to wspólny rytm. Straciłem go. Coś mi przeszkadza. Coraz więcej rzeczy rozprasza moją uwagę. Szum fal – zakłócenie. Morze kradnie mi ciebie. Przekrzykuje kroki. Słońce? Już nie oświetla drogi. Teraz mnie oślepia. Jeszcze do niedawna byłem odporny na to wszystko i nie potrzebowałem żadnych zmysłów, nawet bez nich wiedziałem gdzie iść. Nie musiałem patrzeć, ani nasłuchiwać… ale już taki nie jestem. Dzisiaj czuję się jakbym był siłą przytrzymywany pod powierzchnią wody, która burzy moją percepcję, mąci wzrok i słuch. Duszę się. Uratuj mnie. Już raz to zrobiłeś. Uratuj mnie ponownie. Odpłynąłem zbyt daleko od brzegu. Próbując złapać oddech, zachłysnąłem się tą trującą cieczą. Wraz z nią do mojego wnętrza dostały się one. Najpierw zajęły płuca. Potem przedostały się do mózgu. Pukają, pukają. Diabły. Chcą przebić mi czaszkę. Zrobić w niej dziurę, przez którą mógłbyś zajrzeć do środka i zobaczyć mnie z tej drugiej strony. Chcą żebyś przestraszył się i uciekł. Kroki. Usiłuję słyszeć tylko je. Cały czas wpatruję się w ciebie. Mrugam tak rzadko, jak tylko potrafię. Pieką mnie oczy. Tak krótko, jak tylko potrafię. Myśli nie pomagają skupieniu. Dekoncentrują spojrzenie. Boję się, że kiedy stracę cię z pola widzenia na dłuższą chwilę, to przeniosę się na inny obrazek, podczas gdy ty zostaniesz na tamtym. Muszę więcej myśleć o tobie, o nich zapomnieć. Nie chcę zabłądzić. Wystarczy, że zgubiłem ten jeden rytm.

Znowu tonę. Osaczony dławiącym kręgiem, który tym razem wcale nie składa się z fal. Krztuszę się własnymi myślami. Uderzają coraz mocniej. Niszczą barykadę, która miała zapewnić mi bezpieczeństwo. Przed nimi nie możesz mnie uratować. Są tylko moje. Strategia obronna zawodzi – umknął mi cały dzień. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiło się ciemno. Umknąłeś mi, a przecież miałem nie odrywać od ciebie oczu. Niedługo się położymy. Przejdziemy jeszcze tylko kawałek. Wątpię, aby udało mi się od razu zasnąć. Wyspałem się. Dzisiaj spadłem w półsen. Pogrążyłem się w nim na wiele godzin. Śniłem myśli… Opuściłem naszą rzeczywistość. Przekroczyłem brzeg kartki papieru. Zostawiłem was wszystkich gdzieś w tyle. Spadłem na dno snu, który należy tylko do mnie. Ten dzień przetoczył się poza moją świadomością. To bez znaczenia – i tak mógłbym opowiedzieć go ze szczegółami. Jak każdy inny. Znam to już na pamięć. Zbyt długo oglądałem ten obrazek. Wiem o nim wszystko, przecież jestem jego współautorem. Zapomniałem nawet o tobie, chociaż miałeś być moim antidotum. To bez znaczenia – znam cię. Nie muszę pamiętać. Twój portret potrafiłbym narysować nawet przez sen. Byłeś taki jak zawsze. Niepotrzebnie się bałem. Okazało się, że skupienie nie jest konieczne do tego, abym podążał za tobą. Wystarczył odruch, który od samego początku wlewał się w moją krew, z każdym krokiem naszego wspólnego marszu. Przywykłem do roli cienia. Ciągnięty na oślep za źródłem swojego istnienia. Nie musiałem patrzeć. Wiedziałem gdzie iść, mimo że dzisiaj wcale nie szliśmy razem. Zapomniałem cię. Dostrzegłem dopiero teraz. Przypomniałem sobie. Obudziłem się. Zakończyłem długi lot i ponownie wylądowałem na znajomym rysunku. Wcześniej gdzieś odleciałem. Wyfrunąłem z papierowej klatki. Zniknąłem w przestworzach, lub przeciąłem taflę wody i zapuściłem się na niezbadane głębiny. To bez znaczenia. Już wróciłem. Znowu cię widzę. Opuszczając ten dziwny stan, na moment znalazłem się pomiędzy snem i rzeczywistością. Przypomniałem sobie ciebie i naszą dawną beztroskę. Przez tę krótką chwilę w mojej głowie byłeś tylko ty. Nie słyszałem hałasu. Zgasło słońce. Wyschło morze. Przez tę krótką chwilę byłem taki jak kiedyś. Warto było odfrunąć i wrócić, choćby dla tego przelotnego przebłysku. Już nie śpię. Cieszę się, że twój widok mnie obudził. Śniłem koszmary. O diabłach. Nawiedzają mnie nawet we śnie. Zaraz rozpoczniesz swój. Zatrzymałeś się. Na dzisiaj wystarczy. Połóż się i zaśnij. Mnie się nie uda – wyspałem się. Dopiero co wróciłem. Ułożę się obok ciebie i sprawdzę nas po raz kolejny. Poczekam. Muszę odpocząć przed następnym lotem. Kiedyś zawsze zasypialiśmy razem, tylko we dwoje. Wtedy nigdy nie opuszczałem naszego rysunku, ale coś się zmieniło – już nie jesteśmy sami… Odfrunąłeś. Moja dłoń wsłuchuje się w rytm twojego serca. Sprawdzam nas. Choć znam wynik, to wciąż liczę na to, że uda mi się odnaleźć jakąś prawidłowość. Arytmia. Czy to możliwe, że nie należymy już do tego samego zbioru? Szukam wzoru. Liczę sekundy pomiędzy uderzeniami naszych serc. Nic mi nie wychodzi. Rachunek przerasta moje możliwości. Dawniej to obliczenie było takie proste – wystarczyło postawić znak równości. Coś się skomplikowało. Tak bardzo się różnimy. Ty wkraczasz w kolejną fazę snu, a ja wciąż się męczę. Jestem zbyt niespokojny, aby móc zasnąć, podczas gdy twój miarowy rytm i powolny oddech mówią mi, że nie śnią ci się koszmary. Kiedyś śniliśmy o tym samym, zawsze zasypialiśmy razem. Nie jesteśmy już sami – pojawiło się trzecie bicie. To one. Znowu pukają.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s