Moja Pisanina/Opowiadania

Diabły cz. II

Rankiem obudził nas krzyk mewy. Wyrwał mnie z kolejnego koszmaru. Zagłuszył tupot tej upiornej defilady, która bez przerwy maszeruje w mojej głowie. Znowu nawiedził mnie ten sam sen. Który to już raz? Jestem nim zmęczony, ale wiem, że nie ustąpi z własnej woli. Muszę mu w tym jakoś pomóc. Próbuję to zrobić od tak wielu dni, bezskutecznie. Spróbuję ponownie. Czuję, że dzisiaj coś się zmieniło. Jestem pewien, że mnie przywitałeś, tak jak zawsze. Nie słyszałem. Nic nie przedostaje się przez ścianę moich myśli. Oblepiły mnie warstwą tak grubą, że nie jestem w stanie wykonać żadnego ruchu. Zawsze robiłem to co ty, ale teraz nie potrafię. Nie wstałem. Nadal siedzę. Cień zapomniał o swoim właścicielu. Niedoskonały. Uszkodzony. Sparaliżowany. Stoisz nade mną i czekasz. Chciałbyś pójść dalej. Dostrzegam to w twoim spojrzeniu, jest inne – zabarwione zaskoczeniem. Dawno nie widziałem u ciebie tego koloru. Nic dziwnego… nie pamiętam, kiedy ostatni raz musiałeś na mnie czekać. Odzwyczaiłeś się od tego. Przywykłeś do cienia. Czy to już burza? Jeszcze nie, ale czuję, że ona nadchodzi. Burza tak bardzo różni się od wszystkiego, co znajduje się na naszym obrazku. Jest niespokojna. Przeciwieństwo ciebie. Przywołała mnie swoim gromkim śpiewem i dała siłę – dzięki niej wiem, że nie jestem sam. Zbyt długo tkwiłem w miejscu. Stojąc nad przepaścią, zrobiłem decydujący krok. Jest tylko jedna droga. Niepotrzebnie im się opierałem. Popchnęły mnie. Diabły. Weszły. Barykada nie wytrzymała ich naporu. Nie zawrócę. Nawet gdybym chciał, to teraz już nie mogę tego zatrzymać. Zaczynam spadać, lecz tym razem nie dotknę dna nierzeczywistego półsnu. Uderzę zupełnie gdzie indziej – w struny.
– Dokąd my w ogóle idziemy?
Odwyknij od cienia i przypomnij sobie barwę mojego głosu. W końcu zerwałem łańcuchy i wypuściłem ją na wolność. Wyfrunęła z klatki, lecz nie jestem pewien, czy jej skrzydła są na tyle silne, aby zdołała dotrzeć do ciebie. Ja ją uchwyciłem, lecz nawet dla mnie zabrzmiała niezwykle obco. Niepewna. Drżąca. Choć struny przywykły do cienia, to nie wyszły całkowicie z wprawy i wciąż działają. Odpowiada im cisza. Usłyszałeś? Teraz to ja czekam na ciebie. Proszę, uderz we mnie słowem, które nie będzie wyuczonym przywitaniem. Mój głos… czy dotarł do celu? Wszystko zależy już tylko od tego. Nie mam dość siły, aby ponownie przerwać milczenie. Potrzebuję twojej pomocy. Czekam na ciebie… niepewny, drżący. Mam wrażenie, że ta chwila trwała wieczność, ale już wiem, że wygrałem. Usłyszałeś.
– Po prostu idziemy.
Jesteś spokojny, taki jak zawsze. Tylko pozornie. Wyczuwam w tobie jakiś niepokój. Udajesz? Powtarzalny scenariusz został zaburzony. Dokładnie o to mi chodziło – pragnę zrujnować go jeszcze dotkliwiej i wyprowadzić cię poza brzeg kartki papieru. Dalej, dalej! Powiedz coś jeszcze! Tak łatwo nie odpuszczę. Przyjąłem strategię diabłów. One nie dawały za wygraną, chociaż tak długo udawałem, że wcale ich nie ma. Pomogę ci. Struny wciąż działają…
– Zostańmy dzisiaj. Zostańmy tutaj. Jestem zmęczony.
Siadasz obok mnie. Choć raz robisz to samo co ja. Zamieniliśmy się rolami. Kładziesz głowę na moim ramieniu i cicho szepczesz mi do ucha:
– Jutro odpoczniesz.
Spoglądasz w niebo.
– Jutro chyba będzie burza. Podczas burzy źle się idzie. Dzisiaj chodźmy. Jutro będzie burza.
Wstałem, tym razem jako pierwszy. Będę cierpliwy i poczekam jeszcze jeden dzień. Zrobiłem ten krok. Teraz twoja kolej. Dam ci trochę czasu. Tylko dzisiaj. Od dawna pragnę burzy.
– Obiecujesz?
– Tak. Jutro nie będziemy iść. Jutro odpoczniesz. Będzie burza.
Wstałeś. Zaczynamy odgrywać doskonale nam znany scenariusz. Tworzymy kolejną kopię naszego obrazka, idealną, bez najmniejszej różnicy względem oryginału. Ostatni raz i tylko pozornie… bo choć rysunek wydaje się być nietknięty, to kropla, która nad nim ciążyła, została uwolniona i wprawiona w ruch. Spada. Niedługo rozbije się o kartkę papieru i rozmaże wysuszone kształty. Krajobraz jeszcze się nie zmienił, lecz oboje wiemy, że to tylko kwestia czasu. Czuję zapach nadchodzącego deszczu. Przywołały burzę, sam to przyznałeś. Powoli zaczyna szaleć również w twojej głowie. Nie widzę jej, ale wiem, że tam jest. Zobaczę jutro. Czekam na dźwięk gromów. Wypatruję rozbłysku. Nadejdą jutro. Po krótkiej improwizacji wróciliśmy do naszych dawnych ról. Teraz znów jestem twoim cieniem – tak wyglądam, ale to tylko pozory… jestem niedoskonały, jak zwykle. Nadal cierpimy na arytmię. Może teraz, gdy zaproponowałem nową kurację, uda mi się nas wyleczyć. Wspólna wędrówka zawiodła. Nasza tolerancja jest zbyt wysoka. Uodporniliśmy się. Twoja metoda okazała się złudna, bo choć skutecznie uśmierzała ból, to posiadała również wiele skutków ubocznych. Oszukała nas. Przez cały ten czas cierpieliśmy tak samo – po prostu tego nie czuliśmy. Jak morfina. Spętała nasze zmysły i zamieniła nas w coś, co żyje tylko częściowo, tylko na obrazku. Uzależniliśmy się. Pragnę obudzić nas rześkim tchnieniem, podlać zimnym deszczem. Odżyjmy. Nie wszystko jeszcze stracone. Dawne źródło wyschło. Kiedyś zasilało mnie radością, lecz teraz nie jestem w stanie znieść tego samego słońca, wiatru i ciebie. Jestem zmęczony. Odpocznijmy. Obiecałeś, że zrobimy to jutro… Nie chcę kontynuować wędrówki, której celu nie mogę dostrzec. Liczyłem na to, że wskażesz mi go. „Po prostu idziemy” – twoja odpowiedź niczego nie rozjaśniła. Nadal jest ciemno. Słońce już mnie nie oślepia. Wciąż roztacza ten sam blask, ale dzisiaj jego promienie nie przedostają się przez moją ścianę. Omijają mnie. Stałem się odporny na jasność – światłonieczuły. Potrzebuję czegoś silniejszego. Konieczne jest zwiększenie dawki. Potrzebuję pioruna. Wycelujmy nim w pułapkę, której objęcia pochwyciły nas i zaciskają się każdego dnia. Rozprostujmy je. Pomożesz mi? Zatrzymaliśmy się gdzieś w pół lotu, beznadziejnie oddaleni od celu. Rozplączmy je. Naelektryzujmy. Niech spłoną, lub – w przepływie energii – rozprostują się same. Potrzebujemy burzy. Obyś się nie mylił. Poczekam na nią jeszcze ten jeden dzień. Możemy być jej bogami…

rys. germatoid

rys. germatoid

Dzisiaj nie odleciałem daleko, ale mimo to nie potrafię spokojnie usiedzieć na gałęzi świadomości. Krążę, a potem na nią wracam. Sprawdzam czy się nie złamała, czy nie spadła na ziemię. Boję się, że pomylę drzewa. Nie zapuszczam się na najgłębiej ukryte poziomy. Wciąż jestem blisko. Wczoraj, gdy otwierałem najodleglejsze pokoje, mój kurs był jasno określony – wyłączyłem skrzydła i kierowałem się tylko w dół. Dzisiaj już nie spadam, lecz miotam się w jednym korytarzu, tym pierwszym, w pobliżu wyjścia. Boję się, że zabłądzę i nie będę mógł wrócić. Coś ciągnie mnie do rzeczywistości i nie pozwala zasnąć. Domyślam się co – burza. Nadejdzie jutro. Co chwila uchylam drzwi i wyglądam na zewnątrz. Zerkam na ciebie. Obserwuję niebo. Siedzę na huśtawce, która kołysze się między światłem i ciemnością, światem a mną. Ten dzień upływa mi na miarowym wahaniu, ciągłym zasypianiu, które nigdy nie przyniesie snu. Rzeczywistość jaśnieje, a ja nie umiem dostroić do niej swojego wnętrza. Światło mojej gwiazdy blaknie w promieniach słońca. Nie potrafię tego zmienić, więc muszę cierpliwie poczekać na sprzyjającą porę. Huśtam się na skraju naszego obrazka, co raz wychylając się poza jego powierzchnię i wnet na nią powracając. Wypatruję chwili, w której będę mógł rozniecić swój ogień na nocnym niebie. Oczy podążają za słońcem. Próbują, jakimś magicznym sposobem, wepchnąć je do morza. Płoną i gasną, odmierzając czas. Kiedy blask dnia zblednie już całkowicie, zamienimy się rolami. Wejdziemy w fazę przejściową – noc. Burza będzie tą ostateczną. Przedłuży ciemność i pozwoli mi zaiskrzyć się zupełnie nowym światłem, rozbłyskiem prawdziwego życia. Dopiero wtedy zobaczę czy nadal tworzymy konstelację. Zabawa w gwiazdy – łączenie ich w kształty, jak kiedyś. Źrenice potrzebują zatrzymania tego rytmu. Huśtając się, traktuję je na przemian światłem i ciemnością, światem i mną. Jeszcze trochę… Wiem, że słońce także posiada swój scenariusz i nie może wygrać tej walki. Jest podobne do nas, każdego dnia pokonuje tę samą drogę. Zatopi się i zniknie. Robi to codziennie. Choć dzisiaj jest niezwykle uparte – broni się i ociąga – to w końcu i ono będzie musiało ułożyć się do snu. Utonie w szumie morskich fal, zaśnie i pozwoli nam na to samo. Heliosie, daj sobie chwilę wytchnienia i ustąp miejsca Astrajosowi! Rankiem zaczniesz od nowa, tym razem bez nas. Pozostaniesz niewidoczny, przysłonięty burzowymi chmurami. Daremnie próbujesz oślepić mnie ostatnimi promieniami. Już dawno powinieneś zauważyć, że dzisiaj jestem na nie odporny – światłonieczuły. Nie muszę zamykać powiek i bezwstydnie patrzę jak zaczynasz swoją wieczorną kąpiel. Spadasz na dno. Za chwilę i my to zrobimy. Nie boję się porażki… Wiem, że jutrzejszy dzień musi nadejść, lecz wpierw Nyks rozciągnie swoje ciemne zasłony. Inicjacja fazy przejściowej. Już prawie w całości zostałeś połknięty przez morze. Wypluje cię dopiero rano. Zapadła kurtyna nocy. Źrenice przestały migotać. Straciły rytm. Nie tylko ten jeden się zmienił – zwolniłem. Zasypiamy, a ja znowu sprawdzam cię dłonią. Coś się zmieniło. Diagnoza jest wciąż taka sama, ale tym razem to twoje serce bije szybciej. Zapukały do ciebie diabły? Wszystkiego dowiem się jutro. Teraz ukryję się przed światem. Przeczekam noc. Oddalę się i podążę do ostatniego pokoju. Sfrunę z gałęzi i spadnę. Droga jest taka prosta. Wczoraj nauczyłem się jej na pamięć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s