Moja Pisanina/Opowiadania

PSH cz. 1

Zza uchylonych drzwi łazienki dochodziło rytmiczne umc umc. Pod czaszką wezbrały potoki alkoholu, które nie zwracały najmniejszej uwagi na spustoszenie, postępujące w jego mózgu. Płynęły wartko i szumnie… bardzo szumnie. Nieustannie dręczony przez umc umc + szzzzz + ah ah ah. Źródłem tego ostatniego była kabina obok. Czasami zaszczycili go również jakimiś słowami, lecz nie spodziewał się, aby budowały spójną całość, więc nawet nie próbował zrozumieć ich znaczenia. To tylko dla urozmaicenia – ciągłe ah ah ah wiałoby jednak nudą. Nuda w sypialni jest przykra, ale w kiblu na imprezie to już prawdziwy dramat! Pomyślał teraz o Antygonie, gdyż świtało mu, że była ona raczej smutną kobietą. W tym momencie on też był zasmucony i poczuł do niej nagłą sympatię. Przez chwilę był pewien, że – będąc w takim stanie – mógłby ją wyśmienicie zagrać, ale zrazu przypomniał sobie o zaburzeniu równowagi, które brutalnie sprowadziło go do parteru.
– Potoki zwaliły mnie z nóg – wyszeptał sam do siebie.

Łatwiej byłoby mu odegrać rolę kaleki, albo najlepiej od razu paralityka. Tylko czy dałoby się wybić na czymś tak straszliwie żałosnym? Niby widzowie lubią takie postacie – poprawiają sobie humor, patrząc na ich niedolę. Współczują i rozkoszują się faktem, że sami siedzą wygodnie w kinie, lub przed telewizorem. Dodatkowo pewnie jeszcze jedzą popcorn, a gdy są w domu to golonkę! A co z paralitykiem? Jest przed nim stół, który aż ugina się od pięknych rarytasów, podobnych do tych, które znajdziemy na opakowaniach rozmaitych dań fix. Nie muszą być smaczne, ważne żeby były piękne i wspaniale pachniały – paralityk i tak ich nie zje… w  pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby go nakarmić. Jest jedynie publiczność, ale tą powstrzymuje nieprzekraczalna granica ekranu, siła wyższa! Nasz bohater numer jeden (innych w końcu nie mamy) nie będzie robił zbyt wiele, jak na paralityka przystało. Straszny nudziarz z niego! Do tego egoista, bo przecież publiczność czeka na jakąś akcję – krew, pot i namiętności – a on ma to gdzieś i tylko siedzi, patrzy i umiera z głodu. Trochę długo to wszystko trwa, ten bezruch jest strasznie nieznośny. Każda poprawność ma swoje granice! Chcieli być mili i spokojnie poczekać na jego zgon. Nawet mieli zamiar wysiedzieć przed ekranem nieco dłużej, do momentu, w którym temperatura ciała spadnie poniżej 35°C, ale ten skurwiel wszystko zepsuł swoim bezsensownym uporem!
– I tak zdechniesz! – ktoś w końcu nie wytrzymał i głośno wykrzyczał w stronę ekranu, plując jednocześnie popcornem, który poturlał się prosto pod masywny obcas staruszki z pierwszego rzędu. Na sali zawrzało, gradobicie prażonej kukurydzy nasilało się wraz z gromami kolejnych obelg. W jego stronę poleciały również kości po golonkach, czasami pojawił się jakiś ziemniak. Rzucali umiejętnie, prosto w stół, który zaczął zawodzić z bólu – ah ah ah – nie miał już siły utrzymywać wszystkiego na swoich barkach. Czara goryczy zaczęła się przelewać… a przecież mogło być tak pięknie – chciał uznania, chciał tylko usłyszeć brawa. Usta staruszki całkowicie zasłoniła biała, gorzka piana, a on pragnął, żeby była różowa i słodka, niczym wata cukrowa. Było mu jej strasznie żal, ponieważ wiedział, że pod tą wściekłością na pewno nie kryje się uśmiech. Rozgniewana zdjęła swój but z masywnym obcasem i wycelowała prosto w czekoladowo fondue. Stół nie wytrzymał i zawalił się z trzaskiem, rażony tym potężnym uderzeniem. Wtedy paralityk zrozumiał, co powinien zrobić i wziął przykład ze swojego towarzysza niedoli – umarł. Gromy ucichły, tylko na chwilę, bo momentalnie zostały zastąpione kolejnymi. Rozległ się ogłuszający aplauz, w którego wrzawie pobrzmiewał radosny śmiech staruszki – czekoladowe fondue na jego uszy. Adam podszedł do tematu bardzo poważnie, zamknął oczy i usilnie próbował wcielić się w rolę paralityka, miał jednak spory kłopot ze starczym śmiechem, gdyż nieustannie słyszał jęki swoich sąsiadów. To może stół – pomyślał – skupię się na stole. Zobaczył stertę jedzenia, lecz jego żołądek nie przyjął zbyt dobrze tego widoku. Po raz kolejny zwymiotował i stracił przytomność.

rys. germatoid

rys. germatoid

– Zachciało ci się chorej awangardy, lepiej zacznij od klasyki – usłyszał męski głos, który dobiegał gdzieś z pobliża drzwi wejściowych do łazienki – Poza tym, nie o taką żałość biją się tłumy. To co wymyśliłeś jest kompletnie pozbawione komercyjnego potencjału, taki komercyjny impotent.
– Czyli jednak Antygona? – szepnął pod nosem, zupełnie od niechcenia. Doszedł do wniosku, że jeżeli jego rozmówca chce go lepiej słyszeć, to może podejść. On nie miał siły na głośne i wyraźne recytowanie swoich myśli. Mimo że w tym momencie ta rozmowa wydawała mu się dosyć bezsensowna, ucieszył się na nowe towarzystwo. Para z kabiny obok była werbalnie zbyt monotonna i nie zaspokajała jego potrzeb komunikacyjnych. Ich główki zajęte były innymi potrzebami.
– Albo Edyp – tajemniczy nieznajomy wysunął propozycję.
– Edyp nie – zareagował szybko – On gwałcił matkę. Ja ze swoją nie utrzymuję aż tak zażyłych stosunków. Nie mógłbym.
– Ależ on jej wcale nie gwałcił! – mężczyzna podniósł głos, oburzony tym, co usłyszał – Przecież ona tego chciała, więc jakiż to gwałt?!
– No nie wiem. Pozorowany? – swoją odpowiedź uważał za niestosowną i nazbyt śmiałą, ale jednocześnie sądził, że jest całkiem śmieszna, więc nie potrafił się pohamować.
– Lubisz? – w głosie jego rozmówcy wyraźnie dało się wyczuć zainteresowanie.
– Wiem o co ci chodzi! – Adam krzyknął triumfalnie – Nie zagram tej jego matki! To wykluczone, chcę główną rolę, a Edyp…
– Pamiętaj, że mu stawał – mężczyzna przerwał gorączkowy sprzeciw, ewidentnie się z nim drocząc – No wiesz… skoro z tą matką… to chyba musiał mu stawać. Jeszcze przed chwilą byłeś impotentem, miałbyś odmianę.
– Nie lubię kobiet, a już tym bardziej matek! – powoli zaczęło go denerwować drążenie w kółko tego samego tematu – Wolę wilgotnieć jako Antygona.
– Hmm… czyli wybierasz inną zabawę… – mruknął półgłosem, kierując te słowa raczej do samego siebie, a po chwili dodał głośno – Ona z kolei wolała trupa. Sama była zimną suką i w jego towarzystwie czuła się swojsko.
– Jakiej płci był ten trup? – Uznał, że wypada zapytać o szczegóły. Chciał zrobić dobre wrażenie, stwarzając pozory profesjonalizmu i troski o rolę.
– To jej brat był.
– Jakoś inaczej zapamiętałem te lektury. Chyba będę musiał przeczytać jeszcze raz – zamyślił się, rozważając perspektywę wcielenia się w Antygonę, po czym oświadczył z entuzjazmem – Zimna suka nawet mi odpowiada!
Wydawało się, że doszli do konsensusu, lecz mężczyzna dosyć szybko zburzył to przekonanie.
– Ale ja nie chcę grać trupa. To coś jak paralityk, tylko jakby bardziej. Jak sam wiesz, ludzie nie lubią paralityków.
– Ale nieboszczyków lubią! – próbował zakwestionować spostrzeżenie swojego rozmówcy – Przecież bili brawo!
– Tylko w momencie śmierci. Potem już za nimi nie przepadają. Zakopują ich głęboko w swojej pamięci i mają głęboko w dupach, a ci ludzie nie zawszą są fajni, więc wolałbym nie zapuszczać się w ich wnętrza. Kto wie jakie licho się tam czai? – wyglądało na to, że tajemniczy jegomość nie jest skłonny do zmiany zdania i przystania na Antygonę.
Adam po chwili namysłu stwierdził, że mężczyzna ma rację. Nie chciał go unieszczęśliwiać i tak bezdusznie wypinać się na jego potrzeby, nie w ten metaforyczny sposób… co innego gdyby chodziło o dosłowność, jak z sąsiedniej kabiny.
– To co proponujesz? – zapytał, samemu nie mając pomysłu na rozwiązanie tego problemu.
– Może jednak spróbujemy z awangardą? – rzucił nieśmiało – Lub przynajmniej z czymś autorskim. Napiszemy własny scenariusz. Pomieszamy to sobie według naszego widzimisię, damy trochę zimnej suki, ciut-ciut waty cukrowej i szczyptę gwałtu… albo dwie. Co ty na to?
– Lubię watę cukrową – Adam obdarował swojego rozmówcę kolejnym idiotycznym stwierdzeniem.
– A ja lubię ciebie. Fajny jesteś, a będziesz jeszcze fajniejszy, gdy tylko trafisz w nasze ręce – mężczyzna zaśmiał się donośnie i na moment zagłuszył niestrudzone ah ah ah.
– Nasze? –  ten jeden wyraz wyjątkowo ożywił chłopaka. Prowadzona rozmowa zaczęła go nużyć jakiś czas temu – Nie wiem czy umiem tak mieszać… w sensie, żeby własny scenariusz jakoś ułożyć.
– Nie umiesz – usłyszał stanowczą odpowiedź – Popatrz na siebie, dzisiaj już wyjątkowo dużo zmieszałeś, ale nie bój się, pomożemy ci, jest nas wielu i dobrze znamy swój fach. Tylko nie jestem pewien jakich usług potrzebujesz…
– Ja też nie – powiedział na odczepnego. Ból żołądka ponownie zaczął mu doskwierać i nie miał ochoty na dłuższe wywody.
– Mam dwie propozycje – usłyszał za sobą kroki. Intrygujący osobnik, z którym od pewnego czasu prowadził dość dziwną pogawędkę, niewątpliwie zbliżał się do niego. Zdaje się, że miał na sobie buty z masywnymi obcasami. Wskazywał na to wyjątkowo głośny, rytmiczny stukot, który nagle rozległ się gdzieś z tyłu. Po chwili mężczyzna był tuż za nim, kucnął, a jego pięści pojawiły się przed oczami na wpół przytomnego chłopaka. Otworzył prawą – kryła się w niej niewielka, niebieska tabletka z napisem BCH.
– Szczęście – zmysłowy szept wkradł się do ucha Adama.
Na lewej dłoni rysował się identyczny kształt, lecz różnił się zarówno kolorem, jak i wyrytym skrótem – różowe PSH.
– Rozkosz – tak brzmiała druga opcja. Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę, zupełnie jakby chciał wytworzyć moment dramatycznego napięcia  – Czego pragniesz?

I jak tutaj dokonać wyboru, gdy z obu stron padają pożądane słowa? Już jedna żądza bywa zwodnicza, a gdy ją podwoić, to szanse na wyplątanie się z pułapki są niezwykle marne. Tragedia podszyta czymś przyjemnym i radosnym. Choć pewnie brzmi to niedorzecznie, należy pamiętać o kwestii wyboru, bo nie ma nic za darmo, bo z czegoś trzeba zrezygnować. Adam został postawiony przed takim tragiczno-szczęśliwym wyborem, albo tragiczno-rozkosznym. Tego jeszcze nie wiedział, lecz zdawał sobie sprawę, że może skierować się tylko w jedną stronę. Czego tak naprawdę brakowało w jego życiu? Był smutnym, zarzyganym człowiekiem w obskurnej toalecie podrzędnego klubu. Zresztą nie pierwszy raz, gdyż jakoś nie potrafił oprzeć się tej konkretnej żądzy. Ten lokal, mimo zaniedbania, zdecydowanie posiadał swoje plusy – ceny na barze nie straszyły, a i klientela bywała młoda i urodziwa, często chętna na tzw. zapoznanie się. On też nierzadko miał ochotę na zabawę, ale czy właśnie to stanowiło największy niedobór w jego egzystencjalnym jadłospisie? Wciąż się zastanawiał. Migiem lustrował swoje życie i oczami wyobraźni przeskakiwał pomiędzy różnymi obrazami, których właściwie wolałby nie oglądać. Głównym tematem każdego z nich był on sam, taki całkiem żałosny. Ten przykry widok niewątpliwie powodował smutek, nie było mowy o poprawie humoru – sytuacja była odmienna od tej sprzed kilku chwil. Wtedy jedynie grał paralityka, teraz czuł, że rzeczywiście nim jest. Oczywiście Adam był w znacznie lepszej sytuacji niż jego wymyślony bohater, po prostu lubił dramatyzować. Miał przed oczami tylko dwie „potrawy”, po które – posiadając władzę w rękach – mógł swobodnie sięgnąć. Wystawa dzieł pod zbiorczym tytułem „żałość Adama” ciągnęła się dalej, zaskakując coraz to rozpaczliwszymi odsłonami. Przeróżne wersje jego własnego paraliżu powoli zaczynały przygniatać go swoją brzydotą. Adam to, Adam tamto… co za okropna monotonia! Wszystko takie marne i nędzne. Nawet łóżko, na które obecnie patrzył, wydawało się nieprzyjazne, a przecież teoretycznie można było w nim realizować wiele przyjemnych czynności. Nie tym razem, zmęczona wyobraźnia zatrzymała się bowiem na całkowicie odmiennej scenie, choć także łóżkowej. Oto on, bo któż by inny, leżał w niezbyt świeżej pościeli, w ubraniach o podobnym stopniu zużycia. Z pewnością nie był paralitykiem, przynajmniej nie w dosłownym znaczeniu. Wstrząsały nim konwulsyjne ruchy, których źródłem był niepohamowany, histeryczny szloch. Nie było to dla niego niczym nadzwyczajnym, doskonale znał ten stan. Nagminnie wpadał w sidła negatywnych emocji, w szczególności po zaliczeniu swoich ulubionych baz: wypłata-diler-impreza. Lubił być na fali, wtedy czuł, że życie ma sens. Niestety beztroski bieg zazwyczaj nabierał prędkości na tyle zawrotnej, że nie był w stanie wyhamować, gdy niespodziewanie wyrastał przed nim mur. Bum! I zaliczał ostatnią bazę – dramat – nie zawsze w łóżku. Właśnie teraz oglądał siebie dokładnie w tej wersji – „Adam zrozpaczony życiem”. Ten widok miał być kluczem do rozwiązania dylematu. Przez moment wybór wydawał się oczywisty. Było nim szczęście… lecz z kabiny obok dobiegło wyjątkowo głośne ah ah ah. Zapragnął być na ich miejscu, a spełnienie tego pragnienia leżało na wyciągnięcie języka. Zmienił zdanie, sięgnął po rozkosz, którą pożądliwie zlizał z dłoni nowo poznanego. Zdecydowane, wręcz brutalne szarpnięcie przywróciło go do postawy stojącej. Rzeczywistość zakołysała się w dziwny sposób, zupełnie jakby nadmiar alkoholu przepłynął mu przed oczami. Mężczyzna siłą wyciągnął go z kabiny i skierował ku drzwiom wejściowym do sąsiedniej. Gdy jego palce dotknęły klamki, niestrudzone odgłosy stosunku nagle ucichły. Stanowczo pchnął tandetną dyktę, pobudzając zawiasy do nieprzyjemnie wysokiego zgrzytnięcia. Adam zdziwił się, kiedy zobaczył co znajduje się po drugiej stronie. Była to niezwykle niestandardowa toaleta, wyposażona bowiem jedynie w różową zjeżdżalnię, która kilometrami wiła się w dół. W środku nie było nikogo… Zanim chłopak zdążył się otrząsnąć z zaskoczenia, nastąpiło drugie pchnięcie, tym razem mocniejsze i wymierzone w jego plecy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s