Moja Pisanina/Opowiadania

Diabły cz. III

Rankiem obudził nas krzyk mewy. Piasek delikatnie drapie moją skórę. Otwieram oczy tylko na krótki moment i ponownie przymykam powieki. Czekam na ciebie. Choć tak bardzo pragnąłem przywitać ten dzień, to wcale się nie spieszę. Dzisiaj nie wstaję, dam odpocząć nogom i rozgrzeję struny. Porozmawiamy. Chcę przypomnieć sobie dawnych nas, tych młodych i beztroskich. Przenieśmy się w czasie i bądźmy tacy jak wtedy, gdy sen zastępowaliśmy długimi rozmowami. Budziliśmy się, kiedy słońce znajdowało się na rożnych etapach swojej wędrówki. Wierzę, że możemy do tego wrócić. Wehikuł działa – zignorowaliśmy mewę. Czy wciąż pamiętasz nasz śmiech, który docierał do najdalszych zakątków wszechświata i bezwstydnie zakłócał ciszę? Ja nigdy nie zapomniałem tych chwil. Nie przywoływałem ich tylko po to, aby nie czuć bolesnej arytmii względem teraźniejszości. Każdy dzień był inny… Czasami patrzyliśmy w gwiazdy i zastanawialiśmy się, co o nas myślą, zerkając z góry swoimi błyszczącymi źrenicami. Czy miały nas za głupków? Czy może zazdrościły nam blasku, który był znacznie jaśniejszy od ich światła? Wiecznie milczące, pozbawione śmiechu. Obserwowały i słuchały, zupełnie jak widownia w kinie. Nie miały żadnego wpływu na bieg wydarzeń, mogły jedynie zamknąć oczy, zgasnąć i pozostawić nas w całkowitej ciemności. Nic by to nie zmieniło. Śmiech wciąż unosiłby się w powietrzu. Owszem, odebrałyby nam wzrok, ale my go wcale nie potrzebowaliśmy. Znaliśmy na pamięć rysy swoich twarzy. Umiałem przewidzieć każde twoje słowo. Słowa… było ich tak wiele. Zdarzało się, że również my pozwalaliśmy odpocząć naszym strunom – zapadaliśmy w ciszę, wpatrzeni w siebie przez wiele godzin. Choć mogło to tak wyglądać, wcale nie milczeliśmy. Pod tymi spojrzeniami krył się po prostu inny, bezgłośny język. Później przestaliśmy go używać. Został tylko gest, który nic już nie znaczył. Zgaśliśmy. Kiedyś nie musieliśmy oglądać się na źródła obcego światła. Mieliśmy swoje własne. Byliśmy jak gwiazdy – światłodajni. Oboje roztaczaliśmy blask, którym pragnęliśmy opromieniać wyłącznie siebie nawzajem. Mogły nam zazdrościć, te jasne punkciki ozdabiające niebo. Czasami je liczyliśmy, bawiliśmy się nimi. Układaliśmy przeróżne kształty i spieraliśmy się o nie. Krzywe biurko zamieniałem w psa. Przekonywałem cię do swojej wersji, dorysowywałem mu ogon i wskazywałem ci gdzie ma głowę, a ty i tak upierałeś się, że to tylko kant blatu. Śmialiśmy się tak głośno. Nawet gdyby zgasły i zepsuły nam tę zabawę, to nasze allegro rozbrzmiewałoby dalej. Zrobilibyśmy coś innego. Znaliśmy wiele zabaw. Wszystko działo się jakby samo, ufnie szybowało z porywami naszego śmiechu, naszych rozmów i spojrzeń. Rysunek wciąż zaskakiwał i nieustannie się zmieniał… nie było grafiku. Uskrzydlała nas wena prawdziwych artystów. Istniała jedna zasada – być razem. Czy to ona nas zgubiła? Chyba źle ją zrozumieliśmy, zbyt dosłownie. Już od dawna jesteśmy tylko obok siebie. Staliśmy się niewolnikami niewzruszonego schematu, a przecież kiedyś tworzyliśmy prawdziwe dzieło sztuki. Nieograniczeni scenariuszem, czasami wstawaliśmy późnym popołudniem, by zasnąć dopiero wraz z pierwszymi oznakami nadchodzącego świtu. Czasami, nigdy zawsze. Nie było grafiku. Niekiedy przesiedzieliśmy cały dzień, opierając się o szorstki pień i nasłuchując nieśmiałego szmeru liści. Nocą zasypywaliśmy się w piasku aż po samą szyję, a potem pływaliśmy w spokojnym morzu, lub walczyliśmy z mocarnymi falami. Nigdy nie były takie same. Również ty potrafiłeś mnie zaskoczyć. Raz ukryłeś się przede mną. Poczekałeś na odpowiedni moment i wybrałeś zmyślną kryjówkę. Wystarczyła chwila, by niepokój całkowicie oplótł mnie swoimi parzącymi mackami. Krzyczałem, wołałem… nie odpowiadałeś. To miała być kolejna zabawa, ale ja nie znałem jej reguł. Byłem przerażony. Pływałeś wieczorem, potem nagle zniknąłeś. Choć straciłem cię z pola widzenia, to oczyma wyobraźni widziałem, jak opadasz na dno morskiego królestwa. Umierałem ze strachu, a ty tylko zaszyłeś się pośród drzew, oddalonych raptem kilkanaście kroków od plaży. Niesforny żartowniś! Mimo że nie zdradziłeś mi zasad nowej gry, to w pewnym sensie i tak ją wygrałem, zupełnie nieświadomie. Nie wytrzymałeś, musiałeś się poddać. I chociaż faktycznie wywabiłem cię z kryjówki, wcale nie oznaczało to twojej przegranej. Nie wiązał nas żaden scenariusz, żadna instrukcja  – graliśmy razem, ale nigdy nie byliśmy przeciwnikami. Ty też wygrałeś. Zmieniłeś zasady i rozpocząłeś nową zabawę, zatytułowaną dogoń i złap. Wbiegłeś do wody, kiedy tylko zobaczyłeś, że odpłynąłem zbyt daleko od brzegu. Tym razem niepokój zaatakował ciebie, lecz odniosłeś zwycięstwo również w tej rozgrywce – dogoniłeś mnie, złapałeś i pomogłeś wrócić na ląd. Kompletnie wycieńczony, bezwładnie padłem na piasek. Tak bardzo mnie przepraszałeś. Nie miałem siły na wprawienie strun w drganie, ale ty i tak odczytałeś wszystkie moje myśli. Wystarczyło, że spojrzałeś mi w oczy. Obiecałeś, że był to pierwszy i ostatni raz. Dotrzymałeś słowa – nigdy więcej nie powtórzyliśmy tej zabawy. Później zaczęliśmy porzucać kolejne. Nie sądziłem, że kiedykolwiek za nią zatęsknię, lecz diabły – swoim pukaniem – otworzyły drzwi schowka, w którym zamknąłem różne wspomnienia. Wydostało się z niego także to i napełniło mnie przyjemnym ciepłem, podobnym do tego, które czułem właśnie wtedy. Pamiętam jak dygotałem z zimna, ogrzewany jednocześnie przez twój dotyk oraz dwa uczucia – wściekłość na ciebie i radość, spowodowaną tym, że jednak nie miałem racji. Zatęskniłem. Pobawmy się znowu. W cokolwiek.

rys. germatoid

rys. germatoid

Powtórnie rozległ się krzyk mewy. Wygląda na to, że przysnąłem. Tego dnia jutrzenka nie przegoniła snu, ale pora wstawiać, jest już południe. Zastanawiam się tylko dlaczego mnie nie obudziłeś. Czy sam jeszcze śpisz? Nie… ciebie po prostu tutaj nie ma. Tym razem rozumiem reguły gry i wiem, że szukanie cię jest daremne. To nasza ostatnia zabawa, definitywnie łamiąca dotychczas żelazną zasadę. W końcu się obudziłem. Zakończyłem koszmarnie długi sen, w którym bez przerwy powracały do mnie te same obrazy. Wygaszona gwiazda rozpaliła dawny blask i roztoczyła go na świat, o którym niemal zdążyłem zapomnieć. Dla ciebie byłem światłoczuły. Ty – dla mnie – światłodajny. Źródło i cień. Przeczulony na punkcie twojej jasności, zaniedbałem własną. Dzisiaj przypomniałem sobie o tym, że wciąż się we mnie tli i usłyszałem jak woła o oddech, który mógłby ją wskrzesić. Odpowiedziałem – przywołując silny wiatr rozwiałem cień i wysuszyłem źródło. Miałeś rację, nadciągają burzowe chmury. Lodowaty podmuch gwałtownie uderza w moją twarz, nie pozwalając ponownie zasnąć. Wiem, że tym razem mnie nie ogrzejesz, ale właśnie dzięki temu tchnąłem płomieniem, który spalił nędzny obrazek oraz stopił skostniały scenariusz. Choć miejsce akcji jest to samo, ja – odmieniony – odkrywam je zupełnie na nowo. Obudzona gwiazda wypełzła z ciemnej kryjówki, która znacznie ograniczała jej pole widzenia. Z perspektywy cienia wszystko wyglądało inaczej. Moja wędrówka już nigdy nie będzie taka sama, teraz kroczę ku spotkaniu z rzeczywistością. Pragnę się z nią zaprzyjaźnić, zasmakować w kolorach, które jeszcze wczoraj mieniły się jedynie odcieniami szarości. Wezmę przykład z diabłów. One czmychnęły z mojego wnętrza, więc nadeszła pora, abym również ja przestał zapadać w głąb siebie. Osamotniony w zabawie, nikogo tam już nie spotkam. Dziś zdałem sobie sprawę z tego, że potrzebowałem odmiennej ucieczki, wędrówki bez ciebie. Nie jestem tutaj po raz pierwszy, lecz zawsze to ty mną kierowałeś, byłeś moimi oczami, światłem wskazującym drogę. Obok niej jest wiele innych, których do tej pory nie potrafiłem dostrzec – dopiero teraz, gdy przestraszyłeś się diabłów i zostawiłeś mnie samego. Czas na dorosłość. Jestem jak dziecko nieustanne prowadzone za rękę, które nagle nie otrzymało żadnej pomocy po bolesnym upadku. Nie ma się czego chwycić i na kim wesprzeć. Odłączone od respiratora, uczy się, jak używać płuc, bez wspomagania. Nikt nie zareagował na jego płacz. Krzyk niesie się głuchym echem i pozostaje bez odpowiedzi. Po chwili zaczyna rozumieć, że musi poradzić sobie w inny sposób. Znajduje rozwiązanie – siła własnych mięśni. Wstaje i widzi wszystko to, co było dotychczas pomijane przez wzrok, tak uparcie wlepiony w ziemię. Latami wydeptywało te same ścieżki, ale tak naprawdę wcale nie zna tego miejsca. To była tylko nauka chodzenia – trening mięśni i praca nad odpowiednimi ruchami. Ten cel został już osiągnięty. W jego niewinne oczy zagląda konieczność znalezienia kolejnego. Rozgląda się. Wiedząc, że chodzenie w kółko nie ma dalszego sensu, zastanawia się, w którym kierunku pociągnąć linię swojej nowej drogi. Jestem dzieckiem zmuszonym do kreślenia ścieżek dorosłości. Obudziłem się dzisiaj sam i wstałem bez twojej pomocy. Nie chwyciłeś mojej dłoni, nie poprowadziłeś kształtów, które odcisnęłyby się na kartce papieru. Wyschło źródło. Zgasł wzorzec, który zawsze natychmiast kopiowałem. Ucichły odgłosy naszej wędrówki – rytm kroków i arytmia serc. Nie ma twojego przywitania, nie ma pukania diabłów. Opuściły moją głowę i zasiedliły się gdzie indziej. Teraz towarzyszą tobie. Wiem, że ich harce doprowadzają cię do szaleństwa, ale po pewnym czasie odkryjesz w nich swoich sprzymierzeńców. Chociaż nie zapukały, aby poprosić o wpuszczenie do środka, lecz wtargnęły siłą i uderzają w twoją czaszką od wewnątrz, nie są intruzami. To zupełnie nie tak… one wcale nie musiały się do ciebie włamywać – jesteś miejscem ich narodzin, sam je stworzyłeś. Pewnie chciałbyś im uciec, jednak i w tym przypadku kieruje tobą błędna ocena sytuacji. Wkrótce zrozumiesz, że dążycie do tego samego. Wasza wspólna udręka skończy się gdy obudzi cię ich pukanie, gdy zorientujesz się, że są uwięzione w klatce. Tylko ty możesz je wypuścić. Diabły zwróciły mi gwiazdę, zabierając ciebie. Wyciszyły rozpaczliwe wołania o pomoc – swoje i moje pragnienie wolności. Zostało tylko jedno… został krzyk mewy, która przycupnęła na klifie i wpatruje się we mnie zawzięcie. Już dawno nie widziałem takiego spojrzenia. Kiedyś doskonale rozumiałem ten język. Przecież zanim zastąpiliśmy go nic nieznaczącym gestem, posługiwaliśmy się nim tak często. I chociaż prawie całkowicie uleciał z mojej pamięci, to rozpoznałem, że pod jej wzrokiem kryje się coś więcej. Wiele razy patrzyłeś na mnie w identyczny sposób. Zajęci sobą, nie zauważyliśmy, że od tylu dni – każdego ranka – próbowała zwrócić naszą uwagę swoim dramatycznym wołaniem, podczas gdy my – każdego ranka – rozpoczynaliśmy odgrywanie scenariusza. Nie sądziliśmy, że wracamy do punktu wyjścia. Nie zorientowaliśmy się, że to była zawsze ta sama mewa. Mógłbym pomyśleć, że chciała nam uświadomić bezsensowność naszej wędrówki. Patrząc z góry, doskonale widziała, że wciąż kręcimy się w kółko… ale przecież ja już to wiem, więc dlaczego nadal krzyczy? Podejdę bliżej i spróbuję przypomnieć sobie ten bezgłośny język. Znalazłem nowy cel. Zakończyłem naukę chodzenia, podczas której trzymałeś mnie za rękę, prowadzając tam i z powrotem. Czy naprawdę nie wiedziałeś, że nieustannie błądzimy? Nie poruszaliśmy się – szliśmy w miejscu. Zrozumiałem to, gdy przestałem patrzeć w ziemię i zobaczyłem, że wspólnie pokonany dystans jest żałośnie maleńki. Jednak czy można wymagać czegoś więcej od dzieci? Przecież właśnie nimi byliśmy… Być może myślałeś, że to ja jestem twoim przewodnikiem i ufnie czekałeś aż doprowadzę cię do zwycięskiej mety. Popełniliśmy ten sam błąd, zrzucając całą odpowiedzialność na siebie nawzajem. Mieliśmy szansę na wygranie tej najważniejszej gry razem, jak prawdziwi partnerzy. Dziś możemy już tylko wygrać oboje, osobno. W tym momencie nasze mety są w zupełnie różnych miejscach. Coś się wyczerpało… dłonie musiały zrezygnować z wzajemnego ciepła, po to aby zwrócić wędrówce cel. Od teraz będziemy dążyć do niego w pojedynkę. Dwoje dzieci wsiadło na karuzelę i rozpędziło ją do granic możliwości. Szybciej się nie da. Zabawa była ekscytująca jedynie na początku, do momentu, w którym przekroczyły krańcowy brzeg dziecięcego rysunku. Diabły obudziły dorosłość i zatrzymały pęd karuzeli. Zostaliśmy z niej przegonieni. Dorosłym wstęp wzbroniony – oznajmia tabliczka wywieszona przed wejściem, śmiejąc się z nas szyderczo. Nasz śmiech ucichł. Gdy zakazano nam się bawić, przestaliśmy nieprzerwanie krążyć po obwodzie jednego okręgu. Nadszedł czas decyzji – poszukiwanie nowego celu. Ja swój znalazłem, spogląda na mnie z klifu, który góruje nade mną. Jestem pewien, że ty także w końcu trafisz na przeznaczoną ci drogę. Teraz masz diabły i ich pomocną dłoń, która popchnie cię w odpowiednim kierunku… innym niż mój. Nasza wędrówka dobiegła finiszu. Nic dziwnego, od dawna już tylko oddalaliśmy się od siebie. Zabawa skończona, bo choć dzieci szybko nawiązały znajomość, to ich wspólny język został zatrzymany – bez karuzeli nie ma przyjaźni. Odwróciły się od siebie i pędem puściły się w przeciwnych kierunkach. Teraz, gdy ukończyły naukę chodzenia i potrafią iść same, nie muszą trzymać się za ręce. Finisz dzieciństwa. Początek dorosłości. Postawiłem stopę za linią mety, odcisnąłem ją na niezamalowanej przestrzeni nowego świata. Płuca zaciągają się świeżym powietrzem, którego ruch pozbawia krajobraz dawnego znieruchomienia. Uśpiona gwiazda zbudziła się i sprowadza sztorm, napędzając wiatr i burząc morze. Choć słońce skryło się za gęstymi chmurami, to w tej szarości dostrzegam znacznie więcej. Kiedyś widziałem tylko ciebie, ale tamten płomień już zgasł. Naświetliłem rzeczywistość innym punktem widzenia i zmieniłem proporcje światłocienia. Mój spiętrzony blask wystrzelił w górę i wycelował w mewę. Odbija się w jej oczach. Wzajemnie prześwietlamy swoje źrenice. Woła mnie spojrzeniem, na które nie zamierzam pozostać obojętny – wdrapię się na klif. Porozmawiamy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s